Po drodze zaczepiło mnie jeszcze parę kolesi, których spławiałam szybciej niż zdążyli cokolwiek powiedzieć. Szybkim marszem kierowałam się w stronę normalnej ulicy. Musiało to wyglądać dziwnie, co najmniej jakbym śpieszyła się do szpitala lub gdzie indziej, ponieważ niektórzy ludzie posyłali mi współczujące spojrzenia. A może widzieli moją "rozmowę" z Louisem? Kiedy wkroczyłam na znajomą mi Digital Street, od razu mogłam zauważyć niewielką kamienicę, w której mieszkałam. Wszyscy byli pewnie na wyścigach, dlatego obyło się bez zdecydowanie zbędnego gwałtu po drodze.
Ha. Ha. Nie jesteś zabawna Chrisi.
Dosłownie wbiegłam po schodach i kurczowo szukając kluczy w kieszeniach szortów, stałam pod drzwiami. W końcu udało mi się znaleźć rzecz w głębokiej dziurze i otworzyłam wejście do mieszkania. Zatrzasnęłam mahoniowe drewno za sobą i nie zważając na nic, poległam na łóżku.
Wiedziałam, że to wyjście z Mishi źle się skończy, ale nie aż tak! Czemu los chciał, aby akurat mnie tak dostrzegł? I po co w ogóle podchodził?
Ale to błahostka. Co do cholery miało znaczyć to "Chcę znać Twoje imię"?!
Teraz już wiem dlaczego wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Jest jakiś chory!
Jego oczy wtedy pociemniały. Mogę przysiąc, że z pięknego, błękitnego oceanu, przeistoczyły się w czarną otchłań.
Nie wiem ile tak myślałam, ale nagle ktoś trzasnął moimi drzwiami i doskonale wiedziałam, iż jest to moja przyjaciółka. Odwróciłam więc głowę w tamtą stronę.
- Uduszę, powieszę, zakopię, odkopię, dobiję i znowu zakopię! - na jej twarzy malowała się złość, gdy szła ciężko w moją stronę. - Umówiłyśmy się, że masz tam czekać! Chcesz, żebym dostała zawału?! - teraz stanęła przy krawędzi mojego łóżka, dlatego podniosłam się do pozycji siedzącej i westchnęłam.
- Najpierw chciałam pójść do domu, bo z tego co widziałam, Wasza rozmowa nie miała końca. - spojrzałam na nią wymownie - Ale kiedy się obróciłam, za mną okazał się stać wielki Louis Dupek Tomlinson, który wymusił bym powiedziała mu jak się nazywam i ze strachu tylko szybciej tu przybiegłam, więc porównaj te dwie wersje i jak dokonasz wyboru lepszej, to daj znać. - założyłam ręce na piersi i podniosłam lekko ton.
Wpatrywała się we mnie jeszcze chwilę, po czym usiadła obok, przytulając mnie. Odwzajemniłam gest i odsunęłam się.
- Co to znaczy "wymusił"? Nie mogłaś po prostu go wyminąć?
- Chciałam. Uwierz, że chciałam, ale ten dziwak chwycił mnie za nadgarstek i kazał się przedstawić. - przewróciłam oczami.
Mishi zamyśliła się, a ja postanowiłam iść się odświeżyć. Wczęśniej uzgodniłyśmy, że na jutrzejszy trening pójdziemy razem, więc dziewczyna miała tu swoje ubrania i kolejną noc z rzędu u mnie nocowała. Zabrałam ze sobą spodenki i top do spania a potem zamknęłam się w łazience.
Spocone i znoszone ubrania oraz bieliznę wrzuciłam do kosza na brudy, a sama weszłam pod prysznic. Odkręciłam letnią wodę. Mój ulubiony cynamonowy żel rozprowadziłam po ciele, a ten szybko się spienił. Włosy umyłam przy okazji. Nie miałam zamiaru ich suszyć. Wyszłam z kabiny, wytarłam mokre ciało i od razu wskoczyłam w "piżamę", a włosy uwiązałam w warkocza.
Drzwi z pomieszczenia zostawiłam otwarte, aby przed wejściem Mishi duszne powietrze trochę odparowało.
Po godzinie, obydwie leżałyśmy już pod kołdrą, rozmawiając o jej pierwszym spotkaniu z Zaynem. Cieszyło mnie, że tak świetnie się dogadują, ponieważ z tego co widziałam to była by z nich słodka, pasująca do siebie para. Zasnęłyśmy koło trzeciej w nocy, wiedząc, że jutro ciężki, pierwszy dzień ćwiczeń.
***
- To zupełnie nie pasuje! - krzyknęłam w napadzie śmiechu, podczas gdy Diego udawał rybę na gumowym parkiecie, wmawiając nam, iż doskonale wpasuje się do układu, do którego by the way mieliśmy dylemat co do piosenki. Musimy dopracować każdy detal, tak więc piosenka i rytm też muszą być idealne. Jednak po paru godzinach słuchania i porównywania wybraliśmy w końcu Flo-Ridę. Byłam zadowolona, bo ta piosenka zdecydowanie ma moc. Postanowiliśmy, że od jutra zaczniemy już pracować nad pierwszymi 10 sekundami. Zaczniemy o 14:00, tutaj.
Dwudziesta to godzina, o której w Londynie nie jest już tak jasno, lecz oczywiście ja wolałam się usamodzielnić i sama iść do domu, odrzucając propozycje chłopaków o podwózce. O Mishi nawet nie wspomnę; ona tylko pożegnała się z nami i wybiegła na kolejne spotkanie z Malikiem,
krzycząc, że jest spóźniona.
Szłam coraz ciemniejszymi alejkami miasta, z dala od grupek ludzi stojących przy strych melinach czy barach. Chciałam poprostu unikać ich jak tylko mogłam. W pewnym momencie zauważyłam trójkę postaci zmierzających w moim kierunku. Nie patrząc na nic, skręciłam w jakąś uliczkę. Ha! Chyba nie myślałam, że wszystko pójdzie po mojej myśli, ponieważ już za chwilę dosłownie dobiłam w zamurowaną ścianę. Odwróciłam się, gdy usłyszałam szept tuż przy moim uchu.
- Coś nie tak, słonko? - zapytał głos
Stałam twarzą w twarz z jednym z kolesi, przed którymi minutę temu miałam zamiar uciec. Pozostałych dwóch zauważyłam za nim.
- Chyba skręciłam w złą stronę, więc pan wybaczy ale pójdę już. - w duchu miałam nadzieję, że faktycznie mnie puści, lecz niestety tak się nie stało. Zostałam przyparta do zimnej cegły.
- Och, a mi się jednak wydaje, że trafiłaś pod właściwy adres. - zaczęłam się wyrywać, co pewnie przeczuwał, dlatego dał znak towarzyszom. Jeden z nich przytrzymał mnie za jedno ramię i zakrył usta, żeby nikt nic nie usłyszał, a drugi za drugie ramię. Jednak ja byłam nieugięta i wciąż próbowałam się wydostać.
- Zabawimy się - pierwsze łzy zbierały się w kącikach moich oczu. Nie chciałam tak skończyć. Cholera, nie!
W swoim życiu byłam w łóżku raz. Jeden jedyny raz z moim byłym chłopakiem. A teraz miałam zostać zgwałcona?
Typ zaczął rozpinać rozporek i pasek, a gdy ciągnął spodnie w dół, zamnkęłam oczy. Niech to zrobi. Chcę by było już po wszystkim.
Nagle nie czułam już na szyi jego obleśnego oddechu. Usłyszałam tylko parę przekleństw. Otworzyłam oczy i to co zobaczyłam, było z jednej strony przerażające a z drugiej dziękowałam Bogu. Sam Louis Tomlinson właśnie mnie ratował.
Dwójka facetów ruszyła na pomoc swojemu cholernemu szefowi, który obecnie leżał skopany na asfalcie. Nie minęły dwie minuty, a oni dołączyli zaraz do niego.
- Chodź. - nie ruszyłam się. Nie wiem czy ze strachu czy po prostu nie chciałam z nim iść. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wyciągnął do mnie rękę, którą niepewnie chwyciłam. Szybkim krokiem ruszył w stronę czarnego BMW, które stało teraz przy wejściu do zaułka.
Otworzył mi drzwi, a ja dalej sparaliżowana wsiadłam do środka. Oparłam się o zagłówek i próbowałam uspokoić oddech. Po sekundzie koło mnie znalazł się też on.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciał odpalić silnik, ale zniwu spojrzał w moją stronę. Dzięki małej lampce na poddaszu, znów mogłam ujrzeć jego twarz. Znowu te piękne, błękitne tęczówki, widoczne dołki w policzkach, lekki zarost a do tego niedbale ułożone kasztanowe włosy, opadające na czoło. - Co cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
- J-ja... - nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
Westchnął.
- Wszystko w porządku? - zapytał spokojniej.
Potrząsnęłam głową na znak, że jest ok. Przeskanował jeszcze chwilę moją twarz i odpalił samochód. Licznik w szalonym tempie wskazywał coraz to większą prędkość.
Spojrzałam ukradkiem na jego lewy profil. Miał widoczną szramę na policzku. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie podziękowałam.
Zamiast przeprosin z moich ust wydostało się coś innego.
- Jesteś ranny...- zachrypnęłam się.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - dalej był skupiony na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie. - dwa słowa, które zniszczyły wszystko jeszcze bardziej.
- Chcę jechać do domu.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - moja pewność siebie powoli wracała.
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnął się. - Ulica.
- Digital Street 4 - chwile zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam mówiąc mu właściwy adres ale w końcu co takiego może się stać?
- W takim razie jesteśmy. - zgasił silnik, a ja chciałam wyjść z auta, ale o czymś sobie przypomniałam.
- Dziękuję. - wymusiłam uśmiech w jego stronę. Odpowiedział tym samym.
Już miałam wychodzić, ale co? Chrisi dobra dusza się włączyła. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazałam na ranę. - M-mogę to zrobić.
Tego nie miałam powiedzieć.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nje boli. - dotknął policzka, po czym od razu się skrzywił.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktój to jako rekompendatę. - nie myślę.
Wyglądał jakby przeprowadzał w środku sam ze sobą monolog, ale po minucie westchnął i otwarł drzwi po swojej stronie.
Kiedy znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, a ja powędrowałam prosto do łazienki. Stanęłam na palcach, aby z małej szafeczki, wyjąć apteczkę. Usłyszałam jak wchodzi do pomieszczenia.
- Przytulnie tu masz. - rzucił rozglądając się i tu.
- Dzięki - uśmiechnęłam się. Dlaczego on mnie tak onieśmiela? - Usiądź tutaj.
Zajął miejsce na małym stoliku, który przywlokła Mishi, aby się tu w ogóle odnaleźć.
Teraz to ja byłam wyższa, co dawało mi trochę satysfakcji.
Czyłam jego wzrok na sobie, gdy próbowałam się skupić na oczyszczaniu wodą utlenioną skaleczonej części. Ani nie drgnął.
- Teraz może zaboleć. - ostrzegłam.
- Taa, jasne. - usiósł kąciki ust ku górze. Boże, jak on mnie onieśmiela!
Nagle wydał głośny syk, gdy pierwsza szwa znalazła swoje miejsce.
- Mówiłam. - teraz to się uśmiechnęłam.
- Skąd mam wiedzieć, że mnie nie zabijesz? - zaśmiał się
- Moja mama była pielęgniarką. Nauczyłam się szyć już w 7 roku życia.
- Dlaczego była? - nikomu nie mówiłam jeszcze o mojej mamie.
- Um...umarła kiedy miałam 10 lat. - powiedziałam cicho.
- Przykro mi - jak słodko...- Ja uciekłem z domu jak miałem 13 lat. Wychowałem się na ulicy.
- Dlaczego mi to mówisz? - dopiero zauważyłam, że już skończyłam.
Odłożyłam wszystkie narzędzia do apteczki.
- Skoro się już poznajemy...chciałbym wiedzieć o tobie coś więcej. - moje serce znacznie przyśpieszyło, ale nie chciałam żeby to spostrzegł.
- Och.
Wstał, dzięki czemu znów był wyższy o głowę.
- Jutro ściągnij szwy. Tylko delikatnie, tak by nie uszkodzić rany. - poinstruowałam
- Tak jest Pani doktor. - zaśmiał się a ja zachichotałam. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się trochę swobodniej. Może nie był taki zły.
Co ja gadam, był bardzo zły!
- Mogę się czegoś napić skoro już tu jestem? - spytał
- Tak. Pewnie. - udaliśmy się do kuchni. Nalałam nam Coli i podałam mu jeden kubek. Oparł się o blat i duszkiem wypił całą zawartość.
Zaczeliśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim. Louis okazał się być normalnym chłopakiem. Dowiedziałam się, że ma 21 lat i zaczął się ścigać kiedy skończył 18 lat. Opowiedziałam mu też o sobie. Nie wierzę, że to mówię, ale chyba się zaprzyjaźniliśmy. Potrafił być miły, zabawny, poważny.
- Będę się zbierał, jest po dwunastej. - poinformował i odepchnął się od blatu.
- Co? Tak późno? - zdziwiłam się.
- Yeah. Dzięki za ratunek. - zaśmialiśmy się
- Ja też. Ale tak na serio. - uśmiechnęłam się.
Pokiwał głową.
- Będziesz jutro na wyścigach? - zapytał przy drzwiach.
- One są codziennie? - jęknęłam
- Można tak powiedzieć - zachichitał
- Postaram się.
- Będę na ciebie czekać. - uśmiechnął się łobuzersko.
Pożegnaliśmy się, on wyszedł a ja uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.
-------------------------
Hi! Rozdział 5 odhaczony! Wiem, że to wszystko banalne, ale akcja się dopiero rozkręca! Jakie wrażenia? Przepraszam jeśli pojawią się błedy, ale pisałam na tablecie ;-;
Ily xx
~Przeczytałeś/aś zostaw komentarz.
Coraz fajniej musze ci powiedzieć że jest zajebiste to ff. Dodaje kom teraz bo nie wiedzialam ze pojawil sie nowy rozdzial a na tt jestem co dzień i nie dostalam powiadomienia ze jest next. Ciekawe co będzie na następnych wyścigach i dobze ze ja uratowal bo by bylo zle ŻYCZĘ WENY I MIŁEGO TYGODNIA NIE MOGE SIE DOCZEKAC NEXTA.
OdpowiedzUsuń