sobota, 31 stycznia 2015

Chapter 6

   - I co? Całowaliście się?! - do mojego ucha dotarł podekscytowany głos Mishi, z którą gadałam już od samego rana, ponieważ po dwunastej w nocy nie miałam już siły. - Co? Nie! Po porostu mu pomogłam tak jak on mi, a potem gadaliśmy...- odpowiedział trochę zakłopotana. Dobrze, wiedzieć, że właśnie opowiedziałam jej o tym, że mogłam zostać zgwałcona, ale Louis uratował mi dupę, a potem ja zaszyłam mu ranę, a ona pyta czy się całowaliśmy. Błagam, może nie okazał się być takim dupkiem jak myślałam, ale nie wejdę mu też od razu do łóżka. Nie jestem jedną z tych dziewczyn.
- Jasne. - prychnęła.
- Może opowiesz mi coś o Twojej randce z Zaynem? - zapytał chcąc zmienić temat.
- Aw! To była najsłodsza randka w moim życiu! - i tak zaczęła się historia, która pozbawiła mnie połowy abonamentu oraz wolnego poranka. Nasza rozmowa skończyła się o dwunastej trzydzieści, a wtedy zostało mi potwornie mało czasu na przygotowanie się do wyjścia. Wstałam z mojego bardzo wygodnego łóżka i zabierając po drodze potrzebne rzeczy, udałam się do łazienki, w której jeszcze wczoraj szyłam policzek Louisa.

                                                    ~Poprzedni dzień, godzina 19:17, Londyn.~
                                                                          ~L.Tomlinson's POV~

- Stęskniłeś się? - zapytała mnie Sue, którą miałem nieszczęście zobaczyć już przy samym wejściu. Prychnąłem i usiadłem przy stoliku.
- Nie, raczej nie. - odpowiedziałem sucho. Może i przespaliśmy się parę razy, ale teraz zdecydowanie bym tego nie powtórzył. Ashton też pewnie by tego nie chciał.
- W takim razie dlaczego mamy przyjemność znów się spotkać? - kolejny raz ten jej uwodzicielski ton, odgarniane kruczo-czarnych włosów na bok, szybkie mruganie rzęsami. Szkoda, że to już na mnie nie działa.
- Zgoda. Przyjmuję Twoją propozycję. Zabawię się z tą całą Chrisi, ale Ty - wskazałem na nią palcem - powiesz swojemu braciszkowi, żeby zszedł z firmy i zostawił moich rodziców w spokoju.
Uśmiechnęła się szeroko i nachyliła.
- Mądry chłopiec. Dobrze, powiem mu to.
- Umowa - wyciągnąłem do niej niechętnie rękę
- Umowa. - uścisnęła ją, nie przestając się uśmiechać.
Wstałem z miejsca i wyszedłem z tej gównianej kawiarni. Wyjąłem kluczyki z nowego, wygranego BMW i postanowiłem, że dzisiaj pojadę do domu normalnym tempem, ponieważ ten wyścig zdecydowanie mnie zmęczył, a nie chcę jeszcze teraz płacić za naprawę tego cudeńka, albo własnego zdrowia.
Kiedy byłem już prawie na właściwej drodze, światła rozjaśniły mi zupełnie przypadkowo widok zaułka. Moje oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyłem dokładnie tą Hastings, którą miałem w sobie rozkochać, żeby jebana Sue wygrała te swoje tańce. Zatrzymałem się wybiegłem z samochodu. Będąc już wystarczająco blisko uderzyłem z całej siły pięścią napastnika. Upadł na ziemię, a zaraz po tym podeszło do mnie dwóch innych typków. Byli tak samo słabi jak ich frajerowaty szef, więc po sekundzie leżeli obok kolegi. Spojrzałem na przestraszoną dziewczynę i z początku nie wiedziałem co robić. Cóż, świetnie się zaczyna ta umowa.
- Chodź. - wyciągnąłem do niej rękę. Nie drgnęła. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wreszcie chwyciła moją dłoń, a ja pociągnąłem ją w stronę auta. Wsiedliśmy a ja nie mogłem powstrzymać się od opierniczu.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciałem odpalić silnik, ale ponownie na nią spojrzałem. Miała długie, kręcone przy końcach, jasno brązowe włosy i piwne oczy. Rysy twarzy były wyraźne i...jej usta. - Co Cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
Podniosłem trochę ton, bo kurwa! Jak można być tak nieodpowiedzialnym?!
- J-ja...- zająknęła się
Westchnąłem.
- Wszystko w porządku? - spytałem spokojniej.
Potrząsnęła głową, a ja przypatrzałem się jej jeszcze trochę, a później znowu ruszyłem.
Zapowiada się ciekawa noc.
Nagle usłyszałem jej zachrypnięty głos.
- Jesteś ranny... - dopiero teraz poczułem na policzku piekące rozcięcie.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - skupiałem się na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie.
- Chcę jechać do domu. - coraz bardziej zaczyna mnie irytować.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - Szczerze to mi ulżyło. Brakowało mi tylko prawie zgwałconej dziewicy pod dachem. Bo była dziewicą, prawda?
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnąłem się. - Ulica.
- Digital Street 4 - zbieg okoliczności, że właśnie tędy przejeżdżamy?
- W takim razie jesteśmy. - zatrzymałem się.
- Dziękuję. - powiedziała, a ja skinąłem. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazała na mój polik. - M-mogę to zrobić.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nie boli. - dotknąłem rannego miejsca, ale od razu pożałowałem, ponieważ to gówno było tak głębokie, że ból przeszył całe moje ciało.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktuj to jako rekompensatę. - Cholera. Nie mam zestawu do pieprzonego szycia w domu, a do szpitala na pewno nie pojadę.
Kolejny raz dziś westchnąłem i otworzyłem drzwi samochodu.

                                             ~Czas teraźniejszy. Digital Street 4~
                                                             ~Chrisi's POV~

Byłam w drodze do hali, gdy usłyszałam dźwięk sms-a:


Och. 
Darowałam sobie pytanie się go skąd ma mój numer, bo odpowiedzią byłoby zdecydowanie "Mam swoje sposoby".


Nie otrzymałam odpowiedzi, więc schowałam telefon do kieszeni. Myślałam nad tym i być może nie znam Tomlinsona specjalnie długo, lecz wydaje się być sympatyczny - przynajmniej dla mnie - dlatego spróbuję się z nim zaznajomić. Dotarłam na miejsc, gdzie przywitali mnie przyjaciele, a po małej rozgrzewce zaczęliśmy układanie kroków do pierwszych 10 sekund. Może się to wydawać banalne, ale jeśli podchodzisz do zawodów tak poważnie jak my - wszystko musi być idealnie dopracowane. 
Podczas przerwy otrzymałam wiadomość, że Louis będzie po 19, gdyż wyścigi zaczynają się dzisiaj wcześniej i trzeba dojechać na miejsce. Trochę mi to nie pasowało, bo trening kończył się o 19:30, ale mam nadzieję, że Diego, Fred i Mishi nie będą źli. Przecież i tak spędzamy tu zdecydowanie dużo czasu. 
- Ja muszę się zbierać, przepraszam Was. Mam um...wizytę u lekarza, a to ostatnia szansa dzisiaj. Poradzicie sobie? 
- Tak, pewnie. I tak mamy już wiele. - uśmiechnął się Diego, a razem z nim Mishi, ale w oczach Fredie'go widziałam niepokój. 
  Po wyjściu z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Wracamy do zimnego Londynu?
Rozglądałam się, lecz dopiero po chwili ujrzałam odpowiedni samochód, którym mój dzisiejszy towarzysz miał przyjechać. Czerwony Mustang. Skąd on bierze te auta? A no tak.
Stał oparty o maskę, paląc papierosa. Kiedy mnie zobaczył lekko się uśmiechnął, a ja odwzajemniłam gest. 
- Hej. - włożyłam ręce do kieszeni płaszcza. 
- Hej. - rzucił i zdeptał papierosa. - Jedziemy? - Skinęłam i otworzyłam drzwi po stronie pasażera.
- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w waszych...treningach? - spojrzał na mnie w środku. dzisiaj włosy miał zaczesane żelem, ale tak również wyglądał przystojnie. 
Stop, Chrisi.
- Uh...nie. Już kończyliśmy. - uśmiechnął się tylko i odjechaliśmy spod murów, w których znajdowała się hala. 

                                                       _________________________
                                                                      Hi!
    I jak? Podoba się? Wiem, że krótki, ale jestem ostatnio strasznie zajęta :( Mam teraz ferie, więc będzie lepiej, promise :D
Co myślicie o umowie Lou z Sue? Wywiąże się z niej w zupełności? ;D
O co chodzi Frediemu? Napisałam zdarzenie z ostatniego rozdziału z perspektywy Louisa. Jak widzicie, nie tylko Chrisi jest nim zafascynowana, bo on nią chyba trochę też haha.
Czekam na opinie :) ily xx





sobota, 24 stycznia 2015

Chapter 5

   Po drodze zaczepiło mnie jeszcze parę kolesi, których spławiałam szybciej niż zdążyli cokolwiek powiedzieć. Szybkim marszem kierowałam się w stronę normalnej ulicy. Musiało to wyglądać dziwnie, co najmniej jakbym śpieszyła się do szpitala lub gdzie indziej, ponieważ niektórzy ludzie posyłali mi współczujące spojrzenia. A może widzieli moją "rozmowę" z Louisem?   Kiedy wkroczyłam na znajomą mi Digital Street, od razu mogłam zauważyć niewielką kamienicę, w której mieszkałam. Wszyscy byli pewnie na wyścigach, dlatego obyło się bez zdecydowanie zbędnego gwałtu po drodze.
Ha. Ha. Nie jesteś zabawna Chrisi.
Dosłownie wbiegłam po schodach i kurczowo szukając kluczy w kieszeniach szortów, stałam pod drzwiami. W końcu udało mi się znaleźć rzecz w głębokiej dziurze i otworzyłam wejście do mieszkania. Zatrzasnęłam mahoniowe drewno za sobą i nie zważając na nic, poległam na łóżku.
Wiedziałam, że to wyjście z Mishi źle się skończy, ale nie aż tak! Czemu los chciał, aby akurat mnie tak dostrzegł? I po co w ogóle podchodził?
Ale to błahostka. Co do cholery miało znaczyć to "Chcę znać Twoje imię"?!
Teraz już wiem dlaczego wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Jest jakiś chory!
Jego oczy wtedy pociemniały. Mogę przysiąc, że z pięknego, błękitnego oceanu, przeistoczyły się w czarną otchłań.
Nie wiem ile tak myślałam, ale nagle ktoś trzasnął moimi drzwiami i doskonale wiedziałam, iż jest to moja przyjaciółka. Odwróciłam więc głowę w tamtą stronę.
- Uduszę, powieszę, zakopię, odkopię, dobiję i znowu zakopię! - na jej twarzy malowała się złość, gdy szła ciężko w moją stronę. - Umówiłyśmy się, że masz tam czekać! Chcesz, żebym dostała zawału?! - teraz stanęła przy krawędzi mojego łóżka, dlatego podniosłam się do pozycji siedzącej i westchnęłam.
- Najpierw chciałam pójść do domu, bo z tego co widziałam, Wasza rozmowa nie miała końca. - spojrzałam na nią wymownie - Ale kiedy się obróciłam, za mną okazał się stać wielki Louis Dupek Tomlinson, który wymusił bym powiedziała mu jak się nazywam i ze strachu tylko szybciej tu przybiegłam, więc porównaj te dwie wersje i jak dokonasz wyboru lepszej, to daj znać. - założyłam ręce na piersi i podniosłam lekko ton.
Wpatrywała się we mnie jeszcze chwilę, po czym usiadła obok, przytulając mnie. Odwzajemniłam gest i odsunęłam się.
- Co to znaczy "wymusił"? Nie mogłaś po prostu go wyminąć?
- Chciałam. Uwierz, że chciałam, ale ten dziwak chwycił mnie za nadgarstek i kazał się przedstawić. - przewróciłam oczami.
Mishi zamyśliła się, a ja postanowiłam iść się odświeżyć. Wczęśniej uzgodniłyśmy, że na jutrzejszy trening pójdziemy razem, więc dziewczyna miała tu swoje ubrania i kolejną noc z rzędu u mnie nocowała. Zabrałam ze sobą spodenki i top do spania a potem zamknęłam się w łazience.
   Spocone i znoszone ubrania oraz bieliznę wrzuciłam do kosza na brudy, a sama weszłam pod prysznic. Odkręciłam letnią wodę. Mój ulubiony cynamonowy żel rozprowadziłam po ciele, a ten szybko się spienił. Włosy umyłam przy okazji. Nie miałam zamiaru ich suszyć. Wyszłam z kabiny, wytarłam mokre ciało i od razu wskoczyłam w "piżamę", a włosy uwiązałam w warkocza.
Drzwi z pomieszczenia zostawiłam otwarte, aby przed wejściem Mishi duszne powietrze trochę odparowało.
   Po godzinie, obydwie leżałyśmy już pod kołdrą, rozmawiając o jej pierwszym spotkaniu z Zaynem. Cieszyło mnie, że tak świetnie się dogadują, ponieważ z tego co widziałam to była by z nich słodka, pasująca do siebie para. Zasnęłyśmy koło trzeciej w nocy, wiedząc, że jutro ciężki, pierwszy dzień ćwiczeń.

                                                                         ***
- To zupełnie nie pasuje! - krzyknęłam w napadzie śmiechu, podczas gdy Diego udawał rybę na gumowym parkiecie, wmawiając nam, iż doskonale wpasuje się do układu, do którego by the way mieliśmy dylemat co do piosenki. Musimy dopracować każdy detal, tak więc piosenka i rytm też muszą być idealne. Jednak po paru godzinach słuchania i porównywania wybraliśmy w końcu Flo-Ridę. Byłam zadowolona, bo ta piosenka zdecydowanie ma moc. Postanowiliśmy, że od jutra zaczniemy już pracować nad pierwszymi 10 sekundami. Zaczniemy o 14:00, tutaj.
Dwudziesta to godzina, o której w Londynie nie jest już tak jasno, lecz oczywiście ja wolałam się usamodzielnić i sama iść do domu, odrzucając propozycje chłopaków o podwózce. O Mishi nawet nie wspomnę; ona tylko pożegnała się z nami i wybiegła na kolejne spotkanie z Malikiem,
krzycząc, że jest spóźniona.
   Szłam coraz ciemniejszymi alejkami miasta, z dala od grupek ludzi stojących przy strych melinach czy barach. Chciałam poprostu unikać ich jak tylko mogłam. W pewnym momencie zauważyłam trójkę postaci zmierzających w moim kierunku. Nie patrząc na nic, skręciłam w jakąś uliczkę. Ha! Chyba nie myślałam, że wszystko pójdzie po mojej myśli, ponieważ już za chwilę dosłownie dobiłam w zamurowaną ścianę. Odwróciłam się, gdy usłyszałam szept tuż przy moim uchu.
- Coś nie tak, słonko? - zapytał głos
Stałam twarzą w twarz z jednym z kolesi, przed którymi minutę temu miałam zamiar uciec. Pozostałych dwóch zauważyłam za nim.
- Chyba skręciłam w złą stronę, więc pan wybaczy ale pójdę już. - w duchu miałam nadzieję, że faktycznie mnie puści, lecz niestety tak się nie stało. Zostałam przyparta do zimnej cegły.
- Och, a mi się jednak wydaje, że trafiłaś pod właściwy adres. - zaczęłam się wyrywać, co pewnie przeczuwał, dlatego dał znak towarzyszom. Jeden z nich przytrzymał mnie za jedno ramię i zakrył usta, żeby nikt nic nie usłyszał, a drugi za drugie ramię. Jednak ja byłam nieugięta i wciąż próbowałam się wydostać.
- Zabawimy się - pierwsze łzy zbierały się w kącikach moich oczu. Nie chciałam tak skończyć. Cholera, nie!
W swoim życiu byłam w łóżku raz. Jeden jedyny raz z moim byłym chłopakiem. A teraz miałam zostać zgwałcona?
Typ zaczął rozpinać rozporek i pasek, a gdy ciągnął spodnie w dół, zamnkęłam oczy. Niech to zrobi. Chcę by było już po wszystkim.
   Nagle nie czułam już na szyi jego obleśnego oddechu. Usłyszałam tylko parę przekleństw. Otworzyłam oczy i to co zobaczyłam, było z jednej strony przerażające a z drugiej dziękowałam Bogu. Sam Louis Tomlinson właśnie mnie ratował.
Dwójka facetów ruszyła na pomoc swojemu cholernemu szefowi, który obecnie leżał skopany na asfalcie. Nie minęły dwie minuty, a oni dołączyli zaraz do niego.
- Chodź. - nie ruszyłam się. Nie wiem czy ze strachu czy po prostu nie chciałam z nim iść. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wyciągnął do mnie rękę, którą niepewnie chwyciłam. Szybkim krokiem ruszył w stronę czarnego BMW, które stało teraz przy wejściu do zaułka.
Otworzył mi drzwi, a ja dalej sparaliżowana wsiadłam do środka. Oparłam się o zagłówek i próbowałam uspokoić oddech. Po sekundzie koło mnie znalazł się też on.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciał odpalić silnik, ale zniwu spojrzał w moją stronę. Dzięki małej lampce na poddaszu, znów mogłam ujrzeć jego twarz. Znowu te piękne, błękitne tęczówki, widoczne dołki w policzkach, lekki zarost a do tego niedbale ułożone kasztanowe włosy, opadające na czoło. - Co cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
- J-ja... - nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
Westchnął.
- Wszystko w porządku? - zapytał spokojniej.
Potrząsnęłam głową na znak, że jest ok. Przeskanował jeszcze chwilę moją twarz i odpalił samochód. Licznik w szalonym tempie wskazywał coraz to większą prędkość.
Spojrzałam ukradkiem na jego lewy profil. Miał widoczną szramę na policzku. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie podziękowałam.
Zamiast przeprosin z moich ust wydostało się coś innego.
- Jesteś ranny...- zachrypnęłam się.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - dalej był skupiony na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie. - dwa słowa, które zniszczyły wszystko jeszcze bardziej.
- Chcę jechać do domu.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - moja pewność siebie powoli wracała.
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnął się. - Ulica.
- Digital Street 4 - chwile zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam mówiąc mu właściwy adres ale w końcu co takiego może się stać?
- W takim razie jesteśmy. - zgasił silnik, a ja chciałam wyjść z auta, ale o czymś sobie przypomniałam.
- Dziękuję. - wymusiłam uśmiech w jego stronę. Odpowiedział tym samym.
Już miałam wychodzić, ale co? Chrisi dobra dusza się włączyła. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazałam na ranę. - M-mogę to zrobić.
Tego nie miałam powiedzieć.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nje boli. - dotknął policzka, po czym od razu się skrzywił.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktój to jako rekompendatę. - nie myślę.
Wyglądał jakby przeprowadzał w środku sam ze sobą monolog, ale po minucie westchnął i otwarł drzwi po swojej stronie.
   Kiedy znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, a ja powędrowałam prosto do łazienki. Stanęłam na palcach, aby z małej szafeczki, wyjąć apteczkę. Usłyszałam jak wchodzi do pomieszczenia.
- Przytulnie tu masz. - rzucił rozglądając się i tu.
- Dzięki - uśmiechnęłam się. Dlaczego on mnie tak onieśmiela? - Usiądź tutaj.
Zajął miejsce na małym stoliku, który przywlokła Mishi, aby się tu w ogóle odnaleźć.
Teraz to ja byłam wyższa, co dawało mi trochę satysfakcji.
Czyłam jego wzrok na sobie, gdy próbowałam się skupić na oczyszczaniu wodą utlenioną skaleczonej części. Ani nie drgnął.
- Teraz może zaboleć. - ostrzegłam.
- Taa, jasne. - usiósł kąciki ust ku górze. Boże, jak on mnie onieśmiela!
Nagle wydał głośny syk, gdy pierwsza szwa znalazła swoje miejsce.
- Mówiłam. - teraz to się uśmiechnęłam.
- Skąd mam wiedzieć, że mnie nie zabijesz? - zaśmiał się
- Moja mama była pielęgniarką. Nauczyłam się szyć już w 7 roku życia.
- Dlaczego była? - nikomu nie mówiłam jeszcze o mojej mamie.
- Um...umarła kiedy miałam 10 lat. - powiedziałam cicho.
- Przykro mi - jak słodko...- Ja uciekłem z domu jak miałem 13 lat. Wychowałem się na ulicy.
- Dlaczego mi to mówisz? - dopiero zauważyłam, że już skończyłam.
Odłożyłam wszystkie narzędzia do apteczki.
- Skoro się już poznajemy...chciałbym wiedzieć o tobie coś więcej. - moje serce znacznie przyśpieszyło, ale nie chciałam żeby to spostrzegł.
- Och.
Wstał, dzięki czemu znów był wyższy o głowę.
- Jutro ściągnij szwy. Tylko delikatnie, tak by nie uszkodzić rany. - poinstruowałam
- Tak jest Pani doktor. - zaśmiał się a ja zachichotałam. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się trochę swobodniej. Może nie był taki zły.
Co ja gadam, był bardzo zły!
- Mogę się czegoś napić skoro już tu jestem? - spytał
- Tak. Pewnie. - udaliśmy się do kuchni. Nalałam nam Coli i podałam mu jeden kubek. Oparł się o blat i duszkiem wypił całą zawartość.
Zaczeliśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim. Louis okazał się być normalnym chłopakiem. Dowiedziałam się, że ma 21 lat i zaczął się ścigać kiedy skończył 18 lat. Opowiedziałam mu też o sobie. Nie wierzę, że to mówię, ale chyba się zaprzyjaźniliśmy. Potrafił być miły, zabawny, poważny.
- Będę się zbierał, jest po dwunastej. - poinformował i odepchnął się od blatu.
- Co? Tak późno? - zdziwiłam się.
- Yeah. Dzięki za ratunek. - zaśmialiśmy się
- Ja też. Ale tak na serio. - uśmiechnęłam się.
Pokiwał głową.
- Będziesz jutro na wyścigach? - zapytał przy drzwiach.
- One są codziennie? - jęknęłam
- Można tak powiedzieć - zachichitał
- Postaram się.
- Będę na ciebie czekać. - uśmiechnął się łobuzersko.
Pożegnaliśmy się, on wyszedł a ja uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.
                                                -------------------------
Hi! Rozdział 5 odhaczony! Wiem, że to wszystko banalne, ale akcja się dopiero rozkręca! Jakie wrażenia? Przepraszam jeśli pojawią się błedy, ale pisałam na tablecie ;-;
Ily xx

~Przeczytałeś/aś zostaw komentarz.

piątek, 16 stycznia 2015

Chapter 4

Hiii, wiem, że zawaliłam, ale u mnie koniec semestru i wystawianie ocen = w pizdu kartkówek, sprawdzianów i odpowiedzi, dlatego rozdział pojawia się teraz, kiedy już nic mi nie grozi haha. Standardowo po przeczytaniu zostawcie po sobie komentarz :) Nic nie obiecuję, bo to też zależy od mej supi (xd) weny, ale postaram się dodawać rozdziały co tydzień w soboty ;o Miłego czytanie, buźka! xx

Nic nie powiedziałam, nie odgryzłam się, stałam tam tylko i gapiłam się na odchodzącego chłopaka.
Podsumujmy ostatnie 3 minuty:
Raz: Obserwuje mnie koleś, który robi to dla zabawy, aby mnie wystraszyć.
Dwa: Tym kolesiem okazał się być nie kto inny jak Louis Tomlinson, z którym trzy: Diego poradził mi się nie zaprzyjaźniać.
I cztery: Urzekł mnie swoją cholerną propozycją "Łóżkowych stosunków" przy sporej grupce ludzi.
Podsumowując podsumowanie...
MOJE ŻYCIE WŁAŚNIE ZAMIENIA SIĘ W :
a). Komedię łamane przez Dramat
b). Patrz na "a"
c). Patrz na "b"
Świetny dzień, nieprawdaż?
Jednak mam nadzieję, że już nigdy nie będę miała z nim do czynienia. Nagle ktoś nie zbyt uprzejmie poprosił, żebym "sunęła dupę", więc nie kłócąc się oczywiście, spełniłam prośbę.
Boże, jestem żałosna.
- Co to miało do cholery być? - jęknęła na jednym wydechu Mishi. Otwarłam tylko szerzej oczy i wypuściłam świst z ust.
- Właśnie przeżyłam najgorsze 3 minuty od paru tygodni. - założyłam ręce na piersi, trochę się rozluźniając i patrząc na skąpo ubrane dwie dziewczyny (czyt. dziwki), które właśnie sygnalizowały kierowcom samochodów przy czym również nam, iż wyścig się rozpoczął.
- Żartujesz sobie? To było komiczne! - wyszczerzyła się moja przyjaciółka. - To jak powiedział Ci o...tym! Po prostu szczęka mi opadła! - zaśmiała się, dlatego jej zawtórowałam, bo teraz to faktycznie wydawało się nawet zabawne.
- Ale nie zmienia faktu, że masz trzymać się od niego  z daleka. - pierwszy raz usłyszałam poważny głos jednego z chłopaków, lecz o dziwo nie Diego. To był Fredie.
- Um...no tak. Przecież to nic nie było. Nie powtórzy się...- poczułam się trochę jakbym tłumaczyła się po raz kolejny tacie z tego, czemu wróciłam tak późno z imprezy do domu. Co go ugryzło?
- Wyluzuj Fred, tylko żartujemy. - zwróciła uwagę Mishi.
Może Margon nie wydawał się być zbytnio gadatliwy, ale w tej chwili zauważyłam, że chyba nie za bardzo mnie polubił. Wydaje mi się, że boi się, iż mogłabym zajść za daleko z Tomlinsonem, a ten zniszczył by jego marzenie wygrania zawodów, co oczywiście rozumiem. Tylko do tego nigdy nie dojdzie, ponieważ nie spotkam się już z tym dupkiem, to było jednorazowe wyjaśnienie, którego praktycznie nie otrzymałam...ale nie. Ten cały Louis wcale nie tym typem chłopaka, który siedział by w mojej głowie dniami i nocami.
   Po godzinie 2 nad ranem, wygranym i nagrodzonym okazał się być pan Tomlinson. Nie zdziwiło mnie to, wszyscy go obstawiali.
Diego i Fredie zapytali się mnie i M czy zostaniemy z nimi na tak jakby "After Party", lecz Degree odmówiła, więc również nie chciałam pójść. Pożegnałyśmy się i  z nimi i po zapewnieniu, że nic nam się nie stanie, ruszyłyśmy w stronę mojej ulicy. Postanowiłam zapytać Mishi czy chciałaby u mnie przenocować, aby o tak późnej godzinie nie wracała sama jeszcze parę przecznic dalej. Zgodziła się, co mnie ucieszyło, bo w sumie mam dosyć ciągłego przebywania samej w domu, a poza tym jutro niedziela, co oznacza zamkniętą halę, czyli też brak treningu. Mogłyśmy się wyspać.
- Wiesz...pewnie i tak nic z tym nie zrobimy, bo chłopaki chyba by mnie zabili, ale ucieszyłam się kiedy dzisiaj Louis tak podszedł do Waszej rozmowy. - spojrzałam na nią zdziwionym wzrokiem. - Uh...pomyślisz, że jestem nienormalna i w ogóle, ale miałam taką małą nadzieję, że się polubicie, co było idiotyczne, bo jak ludzie mogą polubić się po 3 minutach dziwnej rozmowy...Ale jednak.
- Dlaczego tak myślałaś? - zapytałam
Milczała przez moment, gdy po chwili nabrała powietrza.
- Bo podoba mi się jego kumpel i...Nie, Chrisi, nie zrobię z siebie kretynki, nie ważne! - zmarszczyła brwi i zarumieniła się. W ciemnościach nie było dobrze tego widać, mimo to, wiedziałam, że to zrobiła.
- Masz rację, teraz nie ważne. Ważne będzie u mnie w domu, kiedy będziemy po kąpieli siedzieć na moim łóżku. - zaśmiałam się, sprawiając, iż dziewczyna westchnęła i poszła za moim śladem.

                                                                         ***
- No więc... - zachęcałam ją już tysiąc razy do tego, żeby wreszcie mi powiedziała to, co chciała na ulicy.  - Zayn. Kumpel Louisa. Nie ściga się, ale robi graffiti. Widziałam go parę razy jak dopingował z innymi ludźmi Tomlinsona, ale nigdy nie odważyłam się z nim pogadać. Wydaje mi się, że by mnie wyśmiał lub coś w tym stylu. A dzisiaj podczas waszej rozmowy, przyglądał się Wam z lekkim uśmiechem na ustach, dlatego pomyślałam, że gdyby między Wami coś...to...
- Powiedzmy, że rozumiem. - uniosłam jedną brew w górę. - Wybacz Mishi, ale nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Po jednym spotkaniu mam ochotę wymazać ten upokarzający moment z głowy. - potarłam dłonią po jej ramieniu.
- Jasne...pewnie. - zająknęła się.
Wow, pierwszy raz widzę taką Michael. Może i nie znamy się długo, ale pomimo tego, jeszcze nie miałam styczności ze smutną Mishi.
- Dlaczego nie mam jakiegoś cholernego szczęścia do chłopaków? Nigdy w życiu nie pójdę do niego sama. Nie znamy się, nie umiem pierwsza zagadać. To moja największa słabość. - położyła się na jednej połówce łóżka z impetem. Wypuściłam przeciągle powietrze z płuc i zrobiłam to samo.
- Kiedy następne zawody? - spytałam
- Jutro o 22 nad bajorami na północnej. - odpowiedziała. Skrzywiłam się lekko. - A co?
- Tak tylko...pytam.
- Och.
Wsunęłyśmy się pod kołdrę i po wymienieniu krótkich"dobranoc" zapanowała cisza.
Nie, nie umiem.
Ona by to zrobiła.
Nie będę suką.
- Pomogę Ci zagadać do Zayna. - zamknęłam oczy, bo nie wierzę, że narażam się na kolejne styk z Panem Louisem Zboczonym. I do tego jeszcze nad jakimiś bajorami! Ale nie mam serca przyglądać się zażenowaniu Mishi.
- Co? -  podniosła się gwałtownie z miejsca i spojrzała w moją stronę. Uniosłam kąciki ust ku górze, a potem poczułam przeszywający ból spowodowany mocnym uściskiem dziewczyny.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję Ci tak bardzooo! - krzyczała radośnie, co zupełnie różniło się od ciszy z przed minuty.
- Tylko, żeby było jasne! Pomagam Ci pogadać z Zaynem, ale nie na daremno! Masz wziąć od niego numer, umówić się, cokolwiek! I ani słowa chłopakom! No i oczywiście załatwimy to szybko, tak by nie natknąć się na tego dupka. - przewróciłam oczami.
- Oczywiście! Co tylko zechcesz! Kocham Cię po prostu! - piszczała, krzyczała, BUDZIŁA ZAPEWNE SĄSIADÓW.
   Tak nam minęło kolejne pół godziny rozmów i planowania. Sprawdziłam godzinę na telefonie; widniała 3:44 więc zdecydowałyśmy już naprawdę iść spać.

                                                                          ***

Nie wierzę, że właśnie jestem na wyścigach,
Nie wierzę, że właśnie pomagam wyrwać chłopaka przyjaciółce.
Nie wierzę, że plan właśnie się rozpoczyna, bo widzę Zayna i idę w jego stronę.
Nie wierzę też, że jeszcze nie widziałam Tomlinsona. Ale to akurat przyjemna część.
- Um...cześć. Przepraszam, ale nie widziałeś może niskiej, szczupłej dziewczyny, która gdzieś tędy przechodziła? Brązowe, kręcone włosy do trochę nad pasem, biały top i czarne rurki? Ma na imię Mishi.
- Nie, przykro mi, nie widziałem. Ale jeśli ją zauważę to dam jej znać, że jest przez ciebie szukana. - uśmiechnął się ciepło. Miły gość, myślałam, że będzie czymś na pokrój swojego przyjaciela.
- Och. W takim razie dzięki - odwzajemniłam uśmiech i oddaliłam sie w wyznaczony punkt kontrolny, gdzie mogłam obserwować całe zajście, jakie miało się zaraz odbyć. Bezpiecznie niewidoczna za kilkoma warstwami krzaków, czekałam na rozwój podrywu Mishi.
Co ja robię ze swoim życiem.
 
                                                              *Mishi POV's*
Jak na razie dużo się nie działo. To nie była jakaś poważna akcja ani coś, ale denerwowałam się, że jednak nie wypali. Powiem coś głupiego i go zniechęcę. Jednak Chrisi wymyśliła chyba najlepszy sposób na to, aby to on musiał mnie zaczepić.
Genialna desperatka z ciebie, Michael.
Jest. Stoi tam. A ja będę za chwilę przechodzić centralnie obok niego. Dosłownie za kilka sekund...
- Hej! Mishi?  - podbiegł do mnie znienacka, co trochę mnie zaszokowało. Nie spodziewałam się takie reakcji. Boże, jaki on idealny.
- Uh...tak. Coś się stało? - zapytałam z nutką stresu w głosie, której - mam nadzieję - nie było za bardzo słychać.
- W zasadzie nic ważnego. Twoja, jak się domyślam, przyjaciółka cię szukała. Powiedziałem, jej, że jeśli cię skojarzę, dam znać, że cię szukała. I tak oto jesteś. - zaśmialiśmy się. Jaki on słodki, trójco święta, trzymajcie mnie! - Jestem Zayn. Tak przy okazji. - ukazał rząd perfekcyjnych (jak on sam) białych zębów.
- Michael. Ale wolę Mishi. - zmarszczyłam nos, jak to mam w zwyczaju, kiedy się komuś przedstawiam.
Halo, udało się! Właśnie z nim rozmawiam!
- Czy...to Twoja kumpela miała wczoraj tą małą wymianę zdań z Tommo? - uniósł lewą brew.
- Taak - zaśmialiśmy się po raz kolejny
- Ścigasz się? - zapytałam, chociaż znałam odpowiedź.
- Nah, skończyłam z tym. Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, a to Louis bardziej lubił takie klimaty. Ja wolę robić graffiti. W wolnym czasie też ogólnie dużo rysuję. Uwielbiam sztukę starego gotyku. Jest niesamowita, przynajmniej dla mnie. Wiele oznacza. - ciągle się uśmiechał.
Boże, ale ja też kocham stary gotyk! O mamusiu, zaraz się posikam ze szczęścia!
- Żartujesz! Kocham gotyk! Mam w domu pełno średniowiecznych modeli kościołów gotyckich i rzeźb po babci!
- Naprawdę? Pierwszy raz spotkałem kogoś, kto ma te same zainteresowanie! Znajomi zawsze mnie wyśmiewali, że interesuje mnie średniowieczne badziewie. - przewrócił zabawnie oczami.
- Miałam tak samo, za każdym razem tylko "Degree, zamknij na chwilę jadaczkę. Nikogo nie obchodzi ile skalnych płytek wchodzi w skład gotyckiego ołtarza" - naśladowałam przy tym wysokim głosem moim dawnych przyjaciół. Wybuchł śmiechem a ja zaraz po nim.
To zdecydowanie najlepszy dzień w moim życiu.

                                                                   *Chrisi POV's*
Stałam tam już 15 minut, a ta dwójka cały czas gadała, śmiała się. Zadowolona, że plan wypalił, odwróciłam się z uśmiechem na twarzy, który znikł z niej tak samo szybko jak się pojawił.
Dlaczego?
Ponieważ Louis Tomlinson.
- Znów się spotykamy. Przyszłam mnie odwiedzić i zobaczyć jak kolejny raz wygrywam?
Prychnęłam.
- Chciałabyś. Pomogłam przyjaciółce.
- Ta, mi też pomogłaś. Malik wreszcie nie będzie narzekał, że nie ma dziewczyny. - na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech. Co za D.U.P.E.K.
- Świetnie, przynajmniej on traktuje płeć żeńską z szacunkiem. - rzuciłam fałszywy uśmiech.
Zaśmiał się i podszedł bliżej mnie.
- Ja Ci się przedstawiłem. Ty mi nie. - nie zaprzestał się uśmiechać. Spojrzałam w jego oczy. Są naprawdę piękne.
Dobre do złego, ironia
Ale pasują do jego twarzy.
Ma ładną twarz.
Jest przystojny.
Stop, Hastings! Nie tak szybko!
- I nie muszę tego robić. - chciałam go wyminąć, lecz zostałam złapana za nadgarstek.
- Chcę znać Twoje imię. - ten błękit, który wcześniej widziałam, zmienił się w czerń. Czarną dziurę.
- Ch-Chrisi. Po prostu Chrisi. A teraz mnie puść. - uniosłam ton.
Uczynił to o co prosiłam, a ja od razu poszłam szybkim krokiem w stronę domu.
Przestraszyłam się.

~Przeczytałeś/łaś zostaw komentarz.


środa, 14 stycznia 2015

Informacja

Nie bądźcie źli, w tym tygodniu rozdział miał pojawić się w poniedziałek ale nie miałam ani chwili spokoju, ciągle coś i do tego po dwa sprawdziany dziennie ;-;
A WIĘC, NOWY ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ W SOBOTĘ 17 STYCZNIA O GODZINIE 13:00!
Może uda mi się skleić coś wcześniej ale nic nie obiecuję! Po tym rozdziale będę już na bieżąco i pojawić się będą raz w tygodniu :)
Ilysm xxx

czwartek, 1 stycznia 2015

Chapter 3

Siedziałam tam i wpatrywałam się w zdenerwowanych przyjaciół. Szczególnie Diego, który chodząc po całej sali, co chwila chwytał się za kark i zaciskał oczy. Dlaczego to aż takie złe?- Cz-czy nie możecie po prostu odmówić? - spytałam trochę nieśmiało, ponieważ bałam się, że chłopak na mnie nakrzyczy, lub coś w tym stylu.
On tylko odwrócił się i spojrzał na mnie skrzywdzonym wzrokiem. Westchnął i zaczął mówić:
- Sue wygrała decydujące zawody trzy lata pod rząd, co oznacza, że jest pełnoprawną dyktatorką. Jesteśmy jej...poddanymi? Nie możemy się sprzeciwić, bo inaczej zostaniemy wydaleni z listy uczestników. Na zawsze.
Dalej układałam w głowie to, co mi powiedział. Byli poddanymi wrednej małpy, która wygrała trzy razy te ostateczne zawody i jeśli coś im załatwiła, nie mogli odmówić. Zapowiada się ciekawy okres w Twoim życiu Chrisi.
- Och. - wypuściłam i spuściłam głowę.
Zaśmiał się.
- Każdy z nas tak na początku zareagował. Przyzwyczaisz się. - Mam się przyzwyczaić do bycia jakąś cholerną poddaną? Bullshit. - I takim oto sposobem straciliśmy pierwszy dzień treningu. Musimy za to wykorzystać go do nauczenia się układu.
- To też nam podyktowała? - prychnęłam nieświadomie.
Cała trójka pierwszy raz odkąd tu weszłam wybuchła śmiechem.
- No co, skoro już jesteśmy jej poddanymi to mogłaby nas jeszcze w tym wyręczyć. - nagle poczułam się wyjątkowo rozluźniona.
- Chrisi ma rację, Dobra, więc jeśli tak bardzo jej zależy, żebyśmy właśnie tam tańczyli, to zaskoczymy tę czarna sucz i wymyślimy coś takiego, na co jej i Tomlinsonowi opadną te wyszczekane buźki. - Mishi wstała i podeszła do magnetofonu. Wyszukała odpowiedniej nuty, klikając parę razy na guzik, który zmieniał piosenki.
   Po zaledwie dwóch godzinach zostało nam tylko 30 sekund na zakończenie całego dzieła, które teraz ćwiczyliśmy, powtarzając parę razy. Większość układu zaproponowała Mishi i Fredie. Niektóre części ulepszył Diego. Ja natomiast nie chcąc się wychylać, posłusznie obserwowałam i robiłam to co oni.
- Totalnie nie mam pojęcia co dalej. - rzuciła dziewczyna, siadając zmęczona na ławce. - Teraz wasza kolej.
- Mam pustkę, cała moja wena poszła do pizzeri na przeciwko. - rozmarzył się Diego. Fredie jedynie uderzał głową w podłogę, sam na niej leżąc. Wyglądało to serio komicznie, LOL.
Za to ja miałam pełno pomysłów na nowe kroki, ale zero odwagi, aby się pokazać.
- Chris, a ty coś masz? - Diego zwrócił się do mnie - przezwiskiem - na co natychmiast podniosłam głowę i przegryzłam wargę. Pokręciłam głową na znak, że nie. Cóż za odwaga.
- Kłamiesz, po twojej minie i zachowaniu można wywnioskować, że masz wylew od środka. - uniosłam brew na jego dziwny komentarz, ale zachichotałam.
- N-no może coś mi świta, ale...Nie, błagam, zrobię z siebie kretynkę.
- Jakoś wczoraj o tym nie myślałaś. - wtrącił Fred
Od razu przypomniałam sobie ostatni wieczór, kiedy to pokonałam Sue.
- Czy ja wiem - odchyliłam głowę do tyłu i zmarszczyłam brwi. - Nie spodoba się Wam.
- Nie denerwuj mnie - ostrzegł ciemnoskóry.
Wzięłam wdech i wydech.
- Jeśli się zaśmiejecie, zabiję Was.
Szóstka oczu skierowała się ku mnie, a ja zamknęłam oczy i wykonałam to, co zaplanowałam w głowie. Wyszło gorzej niż myślałam, heh.
Otworzyłam ślepia i zobaczyłam, że żadne z towarzystwa się nie odezwało.
- Wiem, że było źle, ale moglibyście coś powiedzieć. - przewróciłam oczami.
- Złe? Kobieto, nie jesteśmy Ciebie godni. - wyszczerzyłam się z ulgą na słowa Mish.
Przetrenowaliśmy to co im pokazałam i tak oto nasz genialny układ, który Fredie ochrzcił "cegła" (nie pytajcie), był gotowy. Zerknęłam na godzinę w telefonie i zobaczyłam, iż jest dopiero przed osiemnastą. To dziwne, ale jakie dobre, że skończyliśmy to w tak krótkim czasie.
Postanowiliśmy po namowach chłopaków pójść do pizzeri po drugiej stronie ulicy i uczcić nas jedno - dniowy sukces. Usiadłam na miejscu koło Mishi a na przeciw nas Fredie i Diego. Złożyliśmy zamówienie na dużą pizzę pepperoni bez pieczarek, których nikt z nas nie lubił i po Coli dla każdego.
Rozmawialiśmy o wszystkim, ale to ja opowiadałam im najwięcej o sobie. Mieliśmy dużo wspólnych zainteresowań. Nie tylko taniec.

                                               ~Ten sam czas, klub Rude&Ride~
                                                           *L.Tomlinson POV's*

- Żartujesz sobie prawda? - wyśmiałem czarnowłosą siedząca przy tym samym stoliku co ja.
- Wyglądam jakbym żartowała? - powiedziała z poważnym tonem i uniosła brwi.
- Więc powtórz. Co mam zrobić?
-  Zabajerujesz te całą Chrisi Hastings, tak aby przeszkodzić jej nowej grupie w treningach do zawodów w sierpniu. No wiesz...zabieranie w różne miejsca, udawanie, że ci na niej zależy...
Wybuchłem śmiechem i wziąłem łyk piwa.
- Niby po co? Nie chcesz, żeby znowu skopała Ci dupę? A po za tym, ja nie bawię się w chujowe gierki. Może jestem palantem, ale wykorzystuję dziewczyny tylko w łóżku, nie mam czasu na jakieś laski, które Ci przeszkadzają w tych Twoich tańcach. Nie ma mowy.
- Dobra, chciałam po dobroci, ale skoro wolisz po złości, da się zrobić, Tomlinson. - wstała i przejechała parę razy dłońmi po swojej sukience.
- Co? Zbijesz mnie? - zaśmiałem się
- Ja nie. Ale nie wiem jak będzie z Ashtonem. - uśmiechnęła się szyderczo. Postawiłem kufel z trunkiem na stoliku i również podniosłem się z miejsca.
- Myślałem, że mamy ten temat za sobą. Było minęło. - Zbliżyłem się do niej.
- Chyba jednak nie. Wszytko zależy od ciebie. Chcesz zachować tą swoją przystojną twarz, to musisz się mnie słuchać.
- Nic nie muszę. - syknąłem.
Dziewczyna przestała się uśmiechać i pokręciła głową z zawiedzeniem.
- Nawet nie wiesz, jak wielki błąd popełniasz. - rzuciła i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia.
Stałem tak w miejscu jeszcze kilka sekund, dopóki nie usłyszałem głosu Zayna:
- Stary, wszystko OK? - zapytał stawiając na stole kolejne napoje z procentami.
- Tak, tak. To tylko kolejna napalona laska. - zaśmiałem się w jego stronę z powrotem siadając na krześle.
- I nie skorzystałeś? Mogłeś przynajmniej mnie zwołać, dzięki. - udał obrażonego, ale po jakimś czasie obydwoje się śmialiśmy. Tylko tak naprawdę to wcale nie było takie śmieszne.

                                      ~~Następny dzień, godzina 22:00. Ulica Digital 4 Street.~~~
                                                                       *Chrsi POV's*
Tak jak umówiliśmy się poprzedniego dnia, o 22 mieliśmy się spotkać pod moim domem. Idąc przez klatkę schodową, spotkałam parę sąsiadów wracających z pracy, Nie ukrywali zdziwienia, kiedy widzieli, że wybieram się gdzieś o tej godzinie. Sama bym się zdziwiła.
Po przywitaniu się i obgadaniu spraw dotyczących tego czy każdy pamięta układ, ruszyliśmy na wyznaczone miejsce pościgów samochodowych.
   Nasze przybycie równało się z głośnymi oklaskami i gwizdami co totalnie mnie zaszokowało. Aż tyle ludzi zebrało się tu, żeby dopingować ścigających się mężczyzn i przy okazji zobaczyć tancerzy Street Dancu? To chore.
Kiedy dotarliśmy przed samą scenę, zobaczyła Sue uśmiechająca się wrednie z założonymi na piersi rękach.
- Widzę, że jednak nie wymiękliście. - zwróciła się do nam, gdy weszliśmy na podniesienie. Nie było za wysokie, jednak to co ciekawiło mnie od początku, czyli oświetlenie - wow. Ustawiono lampy na około punktu widowiskowego, tak, że idealnie było nas widać. Bez jaj, wiedziałam to.
Nawet publiczność było widać doskonale. Zastanawiałam się, czy to nie jest niebezpieczne, gdyż tak byliśmy łatwi dla policji, jednak który porządny glina zataczał by się na takim odludziu?
Ledds chwyciła do ręki mikrofon i rozpoczęła wydarzenie. Staliśmy tuż obok niej.
- Okay ludzie, dobrze się bawicie?! - krzyknęła do urządzenia, które wydało rozgłos na całą bliską okolicę.
Usłyszeliśmy wrzaski, krzyki i Bóg wie co jeszcze.
- Tak myślałam. Dzisiejsze wyścigi zaczynamy nietypowo, a mianowicie ta oto czwórka amatorów - na jej twarzy zagościł dumny uśmieszek, a ja tylko przewróciłam oczami. - rozpocznie je od swojego zapewne genialnego układu - powiedziała z ironią. - Zaczynamy, więc zróbcie hałaaas!
Przed tym jak puszczono muzykę, oczywiście musiała dociąć jakimś swoim żałosnym komentarzem. Ale who cares?
Kiedy zobaczyłam jak ludzie szaleją i bawią się razem z nami byłam w siódmym niebie. Dopóki nie zauważyłam postać oddaloną od reszty ludzi. Zaczęłam się szczerze bać. Teraz mogłam dostrzec, że była to ta sama sylwetka co na pokazach Street Dancu. Jednak dzisiaj było widać lepiej, iż jest to zdecydowanie mężczyzna. Jedynym widocznym elementem jego postury była rozczochrania czupryna. Zarys twarzy też został mi po części w głowie.
Szybko skupiłam się na dalszym tańcu, gdy prawie pomyliłam kroki. Czy ktoś mnie do cholery prześladuje?
   Po skończonym tańcu, zeszliśmy ze sceny, a ludzie rzucili się na nas (oczywiście Ci lekko podpici) z gratulacjami, pochwałami itd.
Ustawiliśmy się w końcu w jednej kupie, tak, aby zawodnicy wyścigów mogli przejść. Staliśmy w pierwszym rzędzie, więc doskonale wszystko widziałam. Nie wiem ilu uczestników już przeszło, ale ujrzałam tą samą czuprynę, co wcześniej na scenie. Te same rysy twarzy, sylwetka. To musi być ten koleś, który ciągle mi się przygląda. Kiedy przechodził koło mnie kierowałam się swoim własnym rozumem, dlatego złapałam go za rękaw, ku zdziwieniu niektórych ludzi.
- Co jest?! - odwrócił się do mnie. Zobaczyłam teraz wyraźnie jego twarz. Miał widoczne dołki w policzkach, poczochrane, kasztanowe włosy, a jego oczy...błękitne jak ocean z nutą szarej mgły. O rany.
Nie, Hastings! Otrząśnij się!
- Dlaczego mnie obserwujesz? Obserwowałeś mnie parę dni temu na zawodach na 5 alei, dzisiaj też. Chcesz czegoś ode mnie? - zmarszczyłam zdenerwowana brwi i puściłam jego kurtkę.
- Słuchaj laska, nie wiem o co ci chodzi, ale jeśli chcesz, mogę obserwować jak wijesz się pode mną, krzycząc moje imię po wyścigach.
Chwila...
Co?
Czy on właśnie...
- C-co? Gościu, nie zatrzymałam Cię, żeby słuchać jak proponujesz mi seks, tylko domagać się wyjaśnień, po co mi się za każdym razem przyglądasz.
- Może lubię Cię oglądać. - uśmiechnął się łobuzersko. Zaniemówiłam, a ten wykorzystał to i odszedł ode mnie z uniesionymi kącikami ku górze.
- Nawet Cię nie znam! - krzyknęłam i chciałam już wrócić na swoje miejsce, ale chłopak się odwrócił.
- Jestem Louis Tomlinson. Radzę Ci zapamiętać to imię.
Kurwa.

                                                           ___________________________
Siemaneczko :D
Ło luju, ale się porobiło :o I tak oto Chrisi poznała Louisa xD Moja wyobraźnia >>>>>
Pisałam ten rozdział ponad 3 h, więc jest trochę dłuższy i pojawił się później. Mam nadzieję, że to uszanujecie i zostawicie komentarz ;D
Jakieś refleksje? Jak myślicie co będzie dalej? Jak drogi Lou i Chris się spotkają? :D Co wy na propozycję/groźbę Sue do Tommo? Piszcieeeee ^^
Spodziewajcie się nowego rozdziału jeszcze przed końcem przerwy świątecznej :) Buźka! xx