sobota, 31 stycznia 2015

Chapter 6

   - I co? Całowaliście się?! - do mojego ucha dotarł podekscytowany głos Mishi, z którą gadałam już od samego rana, ponieważ po dwunastej w nocy nie miałam już siły. - Co? Nie! Po porostu mu pomogłam tak jak on mi, a potem gadaliśmy...- odpowiedział trochę zakłopotana. Dobrze, wiedzieć, że właśnie opowiedziałam jej o tym, że mogłam zostać zgwałcona, ale Louis uratował mi dupę, a potem ja zaszyłam mu ranę, a ona pyta czy się całowaliśmy. Błagam, może nie okazał się być takim dupkiem jak myślałam, ale nie wejdę mu też od razu do łóżka. Nie jestem jedną z tych dziewczyn.
- Jasne. - prychnęła.
- Może opowiesz mi coś o Twojej randce z Zaynem? - zapytał chcąc zmienić temat.
- Aw! To była najsłodsza randka w moim życiu! - i tak zaczęła się historia, która pozbawiła mnie połowy abonamentu oraz wolnego poranka. Nasza rozmowa skończyła się o dwunastej trzydzieści, a wtedy zostało mi potwornie mało czasu na przygotowanie się do wyjścia. Wstałam z mojego bardzo wygodnego łóżka i zabierając po drodze potrzebne rzeczy, udałam się do łazienki, w której jeszcze wczoraj szyłam policzek Louisa.

                                                    ~Poprzedni dzień, godzina 19:17, Londyn.~
                                                                          ~L.Tomlinson's POV~

- Stęskniłeś się? - zapytała mnie Sue, którą miałem nieszczęście zobaczyć już przy samym wejściu. Prychnąłem i usiadłem przy stoliku.
- Nie, raczej nie. - odpowiedziałem sucho. Może i przespaliśmy się parę razy, ale teraz zdecydowanie bym tego nie powtórzył. Ashton też pewnie by tego nie chciał.
- W takim razie dlaczego mamy przyjemność znów się spotkać? - kolejny raz ten jej uwodzicielski ton, odgarniane kruczo-czarnych włosów na bok, szybkie mruganie rzęsami. Szkoda, że to już na mnie nie działa.
- Zgoda. Przyjmuję Twoją propozycję. Zabawię się z tą całą Chrisi, ale Ty - wskazałem na nią palcem - powiesz swojemu braciszkowi, żeby zszedł z firmy i zostawił moich rodziców w spokoju.
Uśmiechnęła się szeroko i nachyliła.
- Mądry chłopiec. Dobrze, powiem mu to.
- Umowa - wyciągnąłem do niej niechętnie rękę
- Umowa. - uścisnęła ją, nie przestając się uśmiechać.
Wstałem z miejsca i wyszedłem z tej gównianej kawiarni. Wyjąłem kluczyki z nowego, wygranego BMW i postanowiłem, że dzisiaj pojadę do domu normalnym tempem, ponieważ ten wyścig zdecydowanie mnie zmęczył, a nie chcę jeszcze teraz płacić za naprawę tego cudeńka, albo własnego zdrowia.
Kiedy byłem już prawie na właściwej drodze, światła rozjaśniły mi zupełnie przypadkowo widok zaułka. Moje oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyłem dokładnie tą Hastings, którą miałem w sobie rozkochać, żeby jebana Sue wygrała te swoje tańce. Zatrzymałem się wybiegłem z samochodu. Będąc już wystarczająco blisko uderzyłem z całej siły pięścią napastnika. Upadł na ziemię, a zaraz po tym podeszło do mnie dwóch innych typków. Byli tak samo słabi jak ich frajerowaty szef, więc po sekundzie leżeli obok kolegi. Spojrzałem na przestraszoną dziewczynę i z początku nie wiedziałem co robić. Cóż, świetnie się zaczyna ta umowa.
- Chodź. - wyciągnąłem do niej rękę. Nie drgnęła. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wreszcie chwyciła moją dłoń, a ja pociągnąłem ją w stronę auta. Wsiedliśmy a ja nie mogłem powstrzymać się od opierniczu.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciałem odpalić silnik, ale ponownie na nią spojrzałem. Miała długie, kręcone przy końcach, jasno brązowe włosy i piwne oczy. Rysy twarzy były wyraźne i...jej usta. - Co Cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
Podniosłem trochę ton, bo kurwa! Jak można być tak nieodpowiedzialnym?!
- J-ja...- zająknęła się
Westchnąłem.
- Wszystko w porządku? - spytałem spokojniej.
Potrząsnęła głową, a ja przypatrzałem się jej jeszcze trochę, a później znowu ruszyłem.
Zapowiada się ciekawa noc.
Nagle usłyszałem jej zachrypnięty głos.
- Jesteś ranny... - dopiero teraz poczułem na policzku piekące rozcięcie.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - skupiałem się na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie.
- Chcę jechać do domu. - coraz bardziej zaczyna mnie irytować.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - Szczerze to mi ulżyło. Brakowało mi tylko prawie zgwałconej dziewicy pod dachem. Bo była dziewicą, prawda?
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnąłem się. - Ulica.
- Digital Street 4 - zbieg okoliczności, że właśnie tędy przejeżdżamy?
- W takim razie jesteśmy. - zatrzymałem się.
- Dziękuję. - powiedziała, a ja skinąłem. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazała na mój polik. - M-mogę to zrobić.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nie boli. - dotknąłem rannego miejsca, ale od razu pożałowałem, ponieważ to gówno było tak głębokie, że ból przeszył całe moje ciało.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktuj to jako rekompensatę. - Cholera. Nie mam zestawu do pieprzonego szycia w domu, a do szpitala na pewno nie pojadę.
Kolejny raz dziś westchnąłem i otworzyłem drzwi samochodu.

                                             ~Czas teraźniejszy. Digital Street 4~
                                                             ~Chrisi's POV~

Byłam w drodze do hali, gdy usłyszałam dźwięk sms-a:


Och. 
Darowałam sobie pytanie się go skąd ma mój numer, bo odpowiedzią byłoby zdecydowanie "Mam swoje sposoby".


Nie otrzymałam odpowiedzi, więc schowałam telefon do kieszeni. Myślałam nad tym i być może nie znam Tomlinsona specjalnie długo, lecz wydaje się być sympatyczny - przynajmniej dla mnie - dlatego spróbuję się z nim zaznajomić. Dotarłam na miejsc, gdzie przywitali mnie przyjaciele, a po małej rozgrzewce zaczęliśmy układanie kroków do pierwszych 10 sekund. Może się to wydawać banalne, ale jeśli podchodzisz do zawodów tak poważnie jak my - wszystko musi być idealnie dopracowane. 
Podczas przerwy otrzymałam wiadomość, że Louis będzie po 19, gdyż wyścigi zaczynają się dzisiaj wcześniej i trzeba dojechać na miejsce. Trochę mi to nie pasowało, bo trening kończył się o 19:30, ale mam nadzieję, że Diego, Fred i Mishi nie będą źli. Przecież i tak spędzamy tu zdecydowanie dużo czasu. 
- Ja muszę się zbierać, przepraszam Was. Mam um...wizytę u lekarza, a to ostatnia szansa dzisiaj. Poradzicie sobie? 
- Tak, pewnie. I tak mamy już wiele. - uśmiechnął się Diego, a razem z nim Mishi, ale w oczach Fredie'go widziałam niepokój. 
  Po wyjściu z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Wracamy do zimnego Londynu?
Rozglądałam się, lecz dopiero po chwili ujrzałam odpowiedni samochód, którym mój dzisiejszy towarzysz miał przyjechać. Czerwony Mustang. Skąd on bierze te auta? A no tak.
Stał oparty o maskę, paląc papierosa. Kiedy mnie zobaczył lekko się uśmiechnął, a ja odwzajemniłam gest. 
- Hej. - włożyłam ręce do kieszeni płaszcza. 
- Hej. - rzucił i zdeptał papierosa. - Jedziemy? - Skinęłam i otworzyłam drzwi po stronie pasażera.
- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w waszych...treningach? - spojrzał na mnie w środku. dzisiaj włosy miał zaczesane żelem, ale tak również wyglądał przystojnie. 
Stop, Chrisi.
- Uh...nie. Już kończyliśmy. - uśmiechnął się tylko i odjechaliśmy spod murów, w których znajdowała się hala. 

                                                       _________________________
                                                                      Hi!
    I jak? Podoba się? Wiem, że krótki, ale jestem ostatnio strasznie zajęta :( Mam teraz ferie, więc będzie lepiej, promise :D
Co myślicie o umowie Lou z Sue? Wywiąże się z niej w zupełności? ;D
O co chodzi Frediemu? Napisałam zdarzenie z ostatniego rozdziału z perspektywy Louisa. Jak widzicie, nie tylko Chrisi jest nim zafascynowana, bo on nią chyba trochę też haha.
Czekam na opinie :) ily xx





1 komentarz:

  1. Nic dodać i nic ująć. Po prosty cudo. Nie mogę się doczekać nn.
    PS.: Sorki że dodaje komateraz ale po prostu ostatnio internet mi coś szwankuje i nie mogłam napisać koma. Pozdrawiam. I życze dużo weny.

    OdpowiedzUsuń