poniedziałek, 20 kwietnia 2015

HI.

Chciałabym poinformować, iż przenoszę opowiadanie na wattpada :) Nie będę tutaj publikowała już rozdziałów, po prostu tam mam więcej czytelników. Nie usuwam jednakże bloga. Jedynie je przenoszę
>>>>>>>>>>>>>>.LINK DO OPOWIADANIA NA WATTPADZIE <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

All the love xx

sobota, 28 marca 2015

Chapter 10

LOUIS

Do zobaczenia, Chrisi. 

Wydaje się, że wszystko idzie po mojej myśli. Jest względem mnie coraz bardziej ugodna, gotowa opuszczać te całe chujowe tańce, tak jak mówiła Sue, oddała pocałunek, ale coś było nie na rzeczy.Normalnie nie miałbym problemu. Robienie nadziei i rzucanie nie sprawiało mi dotychczas kłopotów. 
Niestety, tym razem coś mnie hamuje. Chrisi jest  inna...walczy o swoje, ma pasję, którą nie jest tona jakiegoś gówna na twarzy, ubiera się w dość...specyficzny sposób. 
Jakaś cholerna cząstka mnie, piszczy, że skrzywdzę tą dziewczynę. Nie tylko uczuciowo, ale też spieprzę jej plany i pewnie przyjaźń. 
Cóż, lepiej po prostu pójdę do Zayna, napiję się czegoś i mi przejdzie. Louis Tomlinson nie ma poczucia winy.
Zignorowałem to, że podobał mi się ten fałszywy pocałunek i ruszyłem do samochodu. Puściłem na głos Kanye Westa, upewniając się, że całe miast go usłyszy i odjechałem spod jej kamienicy.
Tak na marginesie - skoro jej ojciec jest pewnie bogaty, to po jakiego mieszka w takim starym i małym gównie jak to i to jeszcze z sąsiadami zaraz za ścianą?
Przyznaję, że ją podziwiam, bo nigdy nie pomieściłbym się w takim czymś, a jestem facetem. Nie wspomnę gdzie ona jako dziewczyna może się tam odnaleźć.
Plan idzie po mojej myśli i nie wzbudzam jej podejrzeń, więc jest dobrze. Bardziej ciekawi mnie to, po co opowiedziałem jej dzisiaj tę pieprzoną historyjkę. Nie powinna była się o niej dowiedzieć, a to wyłącznie moja jebana wina. Znając ją, będzie się mnie non stop wypytywać o jej szczegóły.
A ja będę musiał wszystko wytrzymywać jeszcze przez dwa miesiące. Może krócej.
Wolę to, niż ponowne użeranie się z Ashtonem i jego koleżkami pomiotłami. Raz miałem z nim spawę, której zdecydowanie nie chciałbym powtarzać. Nie tchórzę, po prostu nie mam zamiaru mieć go przysłowiowo na dupie.
   Dosyć do cholery, za dużo myślisz Tomlinson. Myślenie nie jest tym co lubisz.

Ani potrafisz.

Co do kurwy? Teraz będą mnie dręczyć jeszcze jakieś diabełki w głowie?
   Wreszcie zaparkowałem pod "Hangover" i wysiadłem. Zabezpieczyłem auto i pomijając kolejkę ludzi, przywitałem się ze znajomym mi ochroniarzem i wszedłem do klubu. Od razu mogłem poczuć zapach alkoholu zmieszany z potem tych grubszych jak i szczuplejszych gości "Hangover".
Podszedłem do baru i zamówiłem niezbyt mocnego drinka, żeby później móc prowadzić. Dopiero co wygrałem moje nowe cudeńko i nie mam zamiaru rozbić go o pierwsze lepsze drzewo.
Z trunkiem z ręce, kierowałem się do miejsca, gdzie zawsze siedzi nasza paczka.
Faktycznie, kiedy tam dotarłem, wszyscy byli już obecni.
Pierwszy zauważył mnie rzecz jasna wstawiony Harry.
- Tommo! - rzucił mi się na szyję. - Jak ja Cię dawno nie widziałem!
- Ta, aż tydzień. - mruknąłem rozbawiony jego bełkotem.
Zaprosił mnie do stolika, gdzie usiadłem przy Stylesie i przywitałem się z innymi.
- Gdzie Malik? - zapytałem, kiedy zorientowałem się, że brakuje tylko mulata.
- Jest z tą laską z kręconymi włosami. - poinformował Niall, na którego kolanach siedziała jakaś blondynka.
Cieszyłem się, że Zayn znalazł kogoś odpowiedniego dla siebie. Jest moim kumplem. Ale podziwiam go, bo ja nie mógłbym pieprzyć tej samej dziewczyny przez cały czas. To nudne.

Twoje zachowanie jest nudne. 

Sklej się, czymkolwiek jesteś.
- Tomlinson, słuchasz mnie? - Horan pomachał mi ręką przed twarzą.
- Co? - zmarszczyłem brwi.
- Mówię, że ty też się w końcu ustatkujesz. - przewrócił oczami
- Wybacz, stary. To nie dla mnie. - prychnąłem i wziąłem kilka łyków napoju.
- Prędzej czy później się zakochasz. Może nawet i w tej Chrisi. - powiedział pewny siebie.
Zakrztusiłem się i spojrzałem na niego z politowaniem.
- Chrisi? Żartujesz sobie? Trochę się przyjaźnimy i już. - odchrząknąłem. - A poza tym...widziałem jak ona się ubiera? To nie mój typ.
- Oczywiście.
O co do kurwy chodzi dzisiaj temu człowiekowi? Zakochiwanie jest dla słabych.
A z Hastings mówiłem prawdę, wolę kiedy kobieta ubiera się bardziej wyzywająco.
I nie jest pyskata.
I ciekawska.
I po jaką cholerę znowu o niej myślę?
- Wiecie co? Idę po jeszcze jednego. - kiwnęli głowami, a ja udałem się do baru.
To, że prowadzę, nie zmienia faktu, iż dwa nie mocne drinki mi nie zaszkodzą. Do tego się ścigam.
- Jedno cosmo cytrynowe. - wyłożyłem na blat 10 funtów, dając znak barmanowi, że jeżeli się pośpieszy, całe będą jego.
Odwróciłem na chwilę wzrok na parkiet w poszukiwaniu kogoś...odpowiedniego.
Żadna dziewczyna nie zwróciła szczególnie mojej uwagi, do czasu, gdy nie wypatrzyłem pewnej brunetki, stojącej tyłem i rozmawiającej z jakimś gościem, co w ogóle mi nie przeszkadzało.
Miała na sobie białe rurki, a na plecach jeansową kurtkę, przez co nie widziałem bluzki.
Dopiero szturchnięcie mężczyzny, dającego mi zamówienie, zmusiło mnie do oderwania wzroku od niej.
Gdy powróciłem spojrzeniem do tamtego miejsca, myślałem, że oczy wyskoczą mi z orbit.
Ta brunetka to Chrisi.
Chrisi Hastings.
Ta, która zwykle chodzi w luźnych ciuchach.
Ta, która nie nosi dużo makijażu.
Ta, którą dzisiaj pocałowałem.
Tańczyła z wcześniej wspomnianym facetem.
Teraz miałem doskonały widok na jej odkryty brzuch, ponieważ pod kurtkę nałożyła jedynie coś, czego nie można nazwać bluzką.
To cholerny pasek, zakrywający stanik.
Jeżeli w ogóle go ma.
Najbardziej zdziwiło mnie, że na stopach znajdowały się obcasy, które dodawały jej trochę wzrostu.
Jednym słowem, właśnie poznałem seksowną Chrisi. I taka mi się podoba.
To znaczy, ona mi się nie podoba naprawdę.
Po prostu tego wieczoru wygląda oszałamiająco. I tyle.
Nie zdążyłem zarejestrować, kiedy przeciskałem się przez tańczących ludzi w ich kierunku.
Jak na zawołanie koleś odszedł, a ona ponownie była obrócona tyłem. Odłożyłem kolorowy napój na jakiś stół, wcześniej biorąc łyka.
Delikatnie objąłem ją w talii i tym co mnie zszokowało, by to, że wcale nie protestowała. Zaczęła poruszać biodrami w rytm muzyki. Zawtórowałem jej i po sekundzie obydwoje synchronicznie ocieraliśmy się o siebie.
Wykonywała ruchy, po których nigdy w życiu bym jej nie poznał.
Kręciło mnie to.
Piosenka się skończyła, a ja szybko chwyciłem z powrotem swojego drinka i gdy Hastings odwróciła się w moją stronę, ja byłem już na końcu sali.
Mrugnąłem do niej, a potem wróciłem do odpowiedniego stolika.



Ten rozdział jest do dupy, ponieważ nie miałam weny i jestem rozkojarzona. Wszyscy już chyba wiedzą, że Zayn odszedł i miała wielki problem, żeby w ogóle coś tu o nim napisać, ale wzięłam się w garść i jest oto to beznadziejne i krótkie coś.
Wspomnę też, że każda directioner zaczyna teraz w swoim życiu nowy rozdział i mam nadzieję, że wszystkie damy jakoś rade. Love Always xxx

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 9

   Muzyka do rozdziału, polecam bardzo gorąco! :D klik



- Powiesz mi w końcu gdzie jedziemy? - jęknęłam uderzając o zagłówek fotela.
- Jesteś jedną z tych dziewczyn, które muszą wszystko wiedzieć, racja? - zaśmiał się, jednak wciąż był skupiony na drodze.
- Niestety. - prychnęłam i spojrzałam na licznik. Wskazywał 220 km/h/

220 km/h

- Człowieku, zwolnij! Zabijesz nas! - podskoczyłam nagle na fotelu. Jakim cudem dopiero teraz poczułam taką szybkość?
- Kobieto, spokojnie. Te trzy cyferki na liczniku to dla mnie poziom podstawowy.
Rozszerzyłam oczy jeszcze bardziej.
- Nawet nie próbuj wyższego poziomu. - zadrżałam.
- Ale przynajmniej przestałaś pytać gdzie jedziemy. - mruknął.
Kolejny raz prychnęłam i opadłam plecami z powrotem na fotel. Nie miałam zamiaru patrzeć w boczną szybę, bo na samą myśl robiło mi się niedobrze, dlatego pozostało mi wpatrywanie w przednią. 
Jechaliśmy już prawie pół godziny, a znajdowaliśmy się na jakimś totalnym odludziu.
No, przynajmniej to mogę zarejestrować z rozmazanego obrazu przede mną.
- Louis? - zaczęłąm spokojnie.
- Hm?
- Wiesz co? Wszyscy mówią o tym jakim draniem jesteś. Praktycznie każdy kogo spotkałam. - na jego czole pojawiła się dosyć zauważalna zmarszczka. - Ale...wydaje mi się, że niektórzy za mało cię znają. Na przykład ja; poznałam Cię trochę lepiej i...jesteś naprawdę...spoko. Można nawet powiedzieć, że się kumplujemy. Nie ważne, chciałam tylko uświadomić ci, że ja nie myślę ja inni. - bawiłam się palcami z zażenowania. Nie chciałam, aby traktował mnie jak wszystkich...
pojrzał krótko w moją stronę, po czym wrócił wzrokiem przed siebie.
- Zalazłem nie raz ludziom za skórę. Myślę, że mają podstawy, aby tak o mnie mówić. - rzucił. - Ale cieszę się, że ty sądzisz inaczej. - uśmiechnął się.
Odwzajemniłam jego gest i do końca podróży się nie odzywałam.
   Kiedy się zatrzymaliśmy, Louis wysiadł pierwszy, okrążył samochód i jak dżentelmen, otworzył mi drzwi. Wysiadłam, a on zamknął pojazd za pomocą kluczyków i alarmu. Na dworze było już ciemno, więc miejsce, w którym się znajdowaliśmy było oświetlone jedynie przez lampy.
- Chodź. - złapał mnie za rękę, co wywołało na moim ciele ciarki.
Szliśmy w ciszy. Próbowałam dostrzec jakieś szczególne znaki, gdzie się znajdujemy, ale mój słaby wzrok i ciemność nie dawały za wygraną. Wiem, że jest bardzo przyjemnie. Idziemy po czymś miękkim, co musi być trawą. - Jesteśmy na miejscu. Nie wiedziałam o co chodzi, póki nie spojrzałam w dół.
- O mój Boże! - krzyknęłam i dosłownie wpadłam na klatkę piersiową Tomlinsona.
 - Spokojnie, nie zrzucę Cię. - zachichotał. Zarumieniłam się i oddaliłam od niego.
- Po co do cholery przywiozłeś mnie, żeby oglądać klif? - zaskamlałam. I tak, miałam lęk wysokości.
- Siadaj. - polecił.
- C-co?
- Siadaj. - powtórzył. Niepewnie usiadłam na skraju przepaści. Moje nogi zwisały. Po chwili szatyn również spoczął koło mnie. - Teraz spójrz w górę.
Tak jak kazał, uniosłam głowę ku górze.
Wow.
Spostrzegłam gwiazdy migające na niebie. Pośród nich znajdował się nieruchomy księżyc. Takiego widoku zdecydowanie nie można zobaczyć stojąc na nogach, w jakimkolwiek momencie.
- To...piękne. - szepnęłam jakby sama do siebie.
- Widzisz ten las poniżej? - zapytał. Zmrużyłam oczy, by wreszcie dostrzec drzewa. Pokiwałam na "tak". - Wiąże się z nim pewna historia. Chcesz posłuchać?
- Pewnie
- A więc...pewien mężczyzna, który był alkoholikiem, wiele razy zawodził swoją dziewczynę. Ta miała syna z poprzedniego związku, którego na początku on nie potrafił zaakceptować. Zawsze przychodził tu i myślał. W końcu zdecydował, że pogodzi się z tym. iż jego ukochana ma już dziecko, a także oświadczy się jej. Właśnie na tym klifie. - wsłuchiwałam się w każde słowo. -  Szybko pobiegł do jubilera, zakupił najpiękniejszy pierścionek, na jaki było go stać Na następny dzień powiedział dziewczynie, by przyszła tu, a on już będzie na nią czekał. Obiecał sobie, że nie będzie więcej pił.
Jednak w drodze w wyznaczone przez siebie miejsce, nie mógł się powstrzymać i wszedł do baru na trzy kieliszki. Trzy kieliszki za dużo. Gdy przyszedł, był podpity. Aczkolwiek, czekał na przybycie swojej przyszłej narzeczonej. W końcu ta, zjawiła się. Ale nie sama. Przyszła ze swoim synkiem. Miał wtedy 5 lat. Pijak tak ostro zareagował na to, że zlekceważyła jego prośbę i wzięła dziecko, że w przypływie emocji i nietrzeźwego myślenia - zrzucił ją z tego klifu. Ten mały chłopczyk wpatrywał się w to wszystko. Widział śmierć swojej własnej matki.
- Co było potem? - spytałam poruszona opowieścią.
- Potem? Potem uciekł, aż znalazła go kobieta. Znalazł rodzinę zastępczą.
Westchnęłam, a pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Oparłam głowę na ramieniu Louisa. Wzdrygnęłam się, gdy mnie objął.
Powiewy wiatru stały się coraz chłodniejsze, dlatego lekko zadrżałam.
- Zimno Ci? - spojrzał na mnie. Nawet w tych egipskich ciemnościach mogłam zobaczyć jego morskie źrenice.
-Trochę... - mruknęłam.
Zdjął swoją dżinsową kurtkę i założył mi ją na plecy. Cicho podziękowałam. Siedzieliśmy jeszcze parę minut, gdy chłopak się odezwał:
- Jest już późno. Odwiozę Cię domu. - posmutniałam, ponieważ - cholera tak ciężko mi się do tego przyznać - wcale nie chciałam wracać do domu. Podobało mi się. Niechętnie wstałam i otrzepałam swoje rurki, a potem ruszyłam z szatynem w stronę auta.
   Drga powrotna opierała się na rozmowie o tańcu, którą o dziwo rozpoczął Louis. Streszczałam mu całą moją przygodę z tańcem po raz kolejny. Zaparkował pod moim mieszkaniem i odprowadził pod same drzwi od klatki schodowej.
- Cóż, dzięki. Fajnie się dzisiaj bawiłam.  - powiedziałam, gdy zatrzymaliśmy się pod drzwiami.
- Wiesz, że ja też? Dawno nie byłem w tamtym miejscu. - przyznał/
- W takim razie...do zobaczenia. - weszłam na korytarz, posyłając mu ostatni uśmiech i już miałam wspiąć się na pierwsze schody, lecz Tomlinson chwycił mnie za nadgarstek i przyciągając do siebie, złączył nasze usta. Początkowo nie wiedziałam co robić, ale oddałam pocałunek. Nie trwał on długo, wręcz dziwnie krótko dla mnie.
- Do zobaczenia, Chrisi. - oderwał się ode mnie, a na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech.
Wyszedł z klatki, a ja wciąż oszołomiona, stałam na środku przez następne pięć minut.

~Przeczytałeś/łaś zostaw komentarz.

sobota, 28 lutego 2015

Chapter 8

Dzisiaj zaspałam, dlatego na halę dotarłam równo o czternastej, gdzie wszyscy już czekali. Chłopaki się rozgrzewali, a Mishi gdy mnie zobaczyła, od razu zaczęłam kierować się w moją stronę. - Hej. - powiedziała cicho.
- Cześć. - zrzuciłam torbę na podłogę.
- Słuchaj, przepraszam. Nie powinnam tak Cię nachodzić. To twoje życie i robisz co chcesz, ale błagam nie mieszaj w to treningów. To dla nas ważne. Chcemy pokazać Sue, że nie tylko ona potrafi zaskakiwać. Dlatego każda minuta się liczy.
- Rozumiem. Nie powinnam opuszczać żadnej minuty. Wybacz. - uśmiechnęłam się, co odwzajemniła.
Świetnie, bo dzisiaj znowu mam zamiar opuścić halę wcześniej. Brawo, Chrisi.
Wróciłyśmy na środek sali. Fredie włączył muzykę i przerobiliśmy układ, który do tej pory mamy opanowany do perfekcji. Do skończenia zostały nam jeszcze 2 minuty. To brzmi banalnie, ale te dwie minuty to będzie pot, łzy i zgrzytanie zębów, jak było to teraz.
Nagle usłyszeliśmy dzwonek telefonu, a już za chwilę Diego ogłosił przerwę i szybko odebrał komórkę.
Każdy zajął się jakąś czynnością: Ja piłam wodę, Mishi poprawiała koka, a Fred brał tabletki, kiedy usłyszeliśmy głośne "O Boże!"
Prawie zakrztusiłam się napojem. Spojrzeliśmy na mulata, który zakrywał dłonią usta.
- Zaraz tam będę - powiedział łamiącym się głosem i zakończył połączenie.
- Co jest, stary? - zapytał Fred
Chłopak milczał przez chwilę.
- Francesca...przerzuty - wykrztusił. Kim jest Francesca? I czy ja dobrze usłyszałam, że ma przerzuty? - Muszę jechać do szpitala!
- Chodź, zawiozę cię. - rzucił pospiesznie Fredie.
- Przepraszam - rzekł do nas chłopak
- Nie masz za co, jedź szybko i daj znać co z nią! - Mishi przytuliła go na pożegnanie, co zrobiłam też ja.
Po ich wyjściu zaczęłyśmy się przebierać. W drodze powrotnej postanowiłam zapytać co się stało.
- Mishi? - zmarszczyłam brwi i obróciłam głowę w jej stronę
- Hm?
- Kto to Francesca? - poprawiłam swój szalik
- Och...no tak. To siostra Diego. Od roku walczy z wredną białaczką. Od paru miesięcy było lepiej, ale najwidoczniej biedna dziewczyna traci powoli siły. - westchnęła.
- Cholera. - spuściłam głowę.
- Taa...strasznie ją kocha. Została mu tylko ona. Jego rodzice zginęli podczas napadu na na bank. Chłopak ma pechowe życie.
Boże, nie mogę nawet określić jak bardzo jest mi teraz szkoda Mortini'ego. Doskonale wiem co przeżywa.
Wstąpiłyśmy z dziewczyną do Starbucksa, pod pretekstem kupienia cappuccino. Ulżyło mi trochę, ponieważ nie muszę znów wymykać się z treningu i narażać się na złowrogie spojrzenie mojej przyjaciółki.
- Spotykam się dzisiaj z Zaynem. - oznajmiła podekscytowana. - Matko on jest tak słodki!
Zaśmiałam się i pokręciłam głową. Przypomniałam sobie jak na ostatnich wyścigach rozmawiałam z Malikiem. Nie zamierzam jednak zdradzać jej niczego, co o niej mówił, gdyż sam mnie o to poprosił. Może i wydaje się być twardzielem jak Tomlinson, ale w środku jest naprawdę uczuciowym i skrytym chłopakiem.
Wsłuchiwałam się jeszcze dobre pół godziny w opowieści Degree, kiedy w końcu zapytała o coś, co wybiło mnie z tropu.
- A ty? Podoba Ci się Louis? - wzięła łyk swojego napoju.
Rozszerzyłam oczy i zakaszlałam.
- Co? - pisnęłam
- Och, daj spokój. Gdyby było inaczej, nie opuszczałabyś dla niego tamtego treningu. Musi choć trochę Ci się podobać! - wyszczerzyła się
- Nie! Nie ma mowy! Po prostu lepiej się dogadujemy i tyle... - spuściłam głowę
- Jaasne... - przeciągnęła.
Prychnęłam na co ta zachichotała.
- Będę się zbierać, muszę jeszcze zadzwonić do taty. - pomachałam na odchodne i wyszłam z kawiarni.
                                                                       ***
- Chrsi? Nareszcie się odezwałaś! - usłyszałam głos swojego ojca.
- Cześć, tato. Nie przeszkadzam? - spytałam słysząc w tle rozmowy innych oraz dzwoniące telefony.
- Nie, oczywiście, że nie. Opowiadaj co u ciebie! Radzisz sobie? Potrzebujesz pieniędzy? - mój tato może i jest pracoholikiem. Zmieniał nam miejsca zamieszkania, moje szkoły, ale zawsze potrafił zastąpić mi mamę. Kiedy tylko coś się działo, rzucał wszystko i pytał komu zrobisz z życia piekło. I za to właśnie go kocham. Za opiekuńczość.
- Wszystko gra. Aktualnie szukam pracy, ale jeszcze starczy mi na dokładanie się do czynszu i zakupy. Londyn jest świetny, znalazłam tutaj zajęcie i przyjaciół... - mówiłam płynnie
- Cieszę się, że wreszcie jesteś szczęśliwa, skarbie. Wiesz, początkowo nie chciałem, abyś zdała się tylko na siebie, ale teraz widzę, że jesteś warta zaufania i jestem dumny. Kocham Cię.
- Ja też Cię kocham, tatku. - można powiedzieć, że właśnie się wzruszyłam.
- Mam nadzieję. Wyślij mi coś londyńskiego! - zaśmiał się
- Masz to jak w banku. Kończę, pa. Kocham Cię - uśmiechnęłam się do siebie
- Tez Cię kocham. - rozłączyłam się i rzuciłam komórkę na poduszkę. Poszłam wziąć prysznic i zaczęłam przygotowywania do spotkania z Louisem.
   Po odświeżeniu się, nie wiedząc w co się ubrać, postanowiłam wysłać wiadomość do Tomlinsona.


Ja: Powiesz mi gdzie jedziemy? Nie wiem co ubrać x

Wysuszyłam włosy i sprawdziłam czy odpisał.

Louis: Coś seksownego i wygodnego xx

Czyli coś wygodnego.

Wybrałam czerwone rurki, biały top z nadrukiem, a na głowę założyłam beanie. Do kompletu czarne vansy i już.

Ja: PS nie przyjeżdżaj po halę, jestem w domu. 

Nie otrzymałam odpowiedzi, tylko zamiast tego do moich uszu dotarł dźwięk klaksonu. Podbiegłam do okna i zobaczyłam stojący pod moim domem samochód. Po chwili wyszedł z niego niebieskooki.
Uśmiechnęłam się lekko i chowając telefon do kieszeni spodni, zakluczyłam mieszkanie i wyszłam na zewnątrz przez klatkę schodową.
- Szybki jesteś w odbieraniu sms-ów. - zaśmiałam się.
Kiedy do niego podeszłam, złożył pocałunek na moim policzku, przez co oblałam się rumieńcem.
 O mój Boże, on znowu to zrobił.
- Wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz. - uśmiechnął się cwaniacko.
- Mam o tym świadomość. - teraz to on się zaśmiał.
- Miałem coś innego na myśli mówiąc "seksownie", ale tak też wyglądasz dobrze. - puścił mi oczko.
On to naprawdę zrobił.
- Cóż, życie jest brutalne. - pokręcił z uśmiechem głową i otworzył mi drzwi swojego...no tak, Jaguara.
A ja dalej nie wiedziałam ,gdzie mnie zabiera.



                                               _________________________________
                                                                              Hi
                                     Jeśli przeczytałeś/łaś standardowo proszę o komentarz :3
                                      Zapraszam też na "Secret" >>KLIK<<
                                       Love ya xx


                                   

sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 7

   Jechaliśmy w ciszy przez 10 minut. Nie wiem gdzie, ani jak długa będzie podróż. Postanowiłam w końcu zapytać.
- Louis? Gdzie w ogóle są te wyścigi? Znowu na jakimś odludziu? - zaśmiałam się, chcąc rozluźnić trochę atmosferę.
- Nie. W Liverpoolu. - uniósł kąciki ust ku górze
Rozszerzyłam oczy w zdziwieniu, ale nie odezwałam się już. Normalnie jazda samochodem z Londynu do Liverpoolu zajęłaby od czterech do sześciu godzin, jednak z prędkością, którą preferuje Louis i skrótami, jestem pewna, iż na miejscu będziemy już za połtorej godziny.
- Nigdy tam nie byłaś? - zostałam wyrwana z rozmyślania przez głos mojego towarzysza.
- Uh...Mieszkałam tam kiedyś.
- Ach tak? Ile? - zmarszczył brwi.
- Dwa tygodnie. - westchnéłam. Roześmiał się, ale widząc moją minę, zaprzestał.
- Czyli mówiłaś poważnie o tych chujowych przeprowadzkach z ojcem? - odwrócił głowę w moją stronę.
- Niestety. Zaczęło się kiedy...- nie skończyłam wypowiedzi, ponieważ nie planowałam nikomu mówić o mojej rodzinie. Ale chyba za późno.
- Kiedy co?
- Kiedy zmarła moja mama. - powiedziałam na jednym wydechu.
Nie odpowiedział mi na to. Och, oczywiście, że tego nie zrobił. Louis Tomlinson ma wyrażać współczucie? Na co ja liczę, błagam.
Reszta drogi minęła w komfortowej - jak dla mnie - ciszy.
Dotarliśmy tak jak sądziłam, po godzinie i pół. Wybiła równo 21, gdy wyszliśmy z Mustanga. Powitał nas roześmiany Zayn. Najpierw przywitał się z Louisem, a później mnie przytulił i wow. To naprawdę świetny koleś, Mishi ma gust.
- Czy ja o czymś nie wiem? - zapytał nas mulat z głupim uśmieszkiem na ustach. Dopiero po krótkim namyśle zorientowałam się, że mówi o związku z Louisem.
Spojrzeliśmy po sobie z chłopakiem obok mnie i wybuchnęliśmy śmiechem. Dobre, Malik.
- Dojebałeś. - dodał Tomlinson.
Brunet uniósł ręce w obronnym geście i zaprowadził nas do "loży" vipów. Jak miło, nie muszę pchać się w tłumie napalonych lasek i spoconych facetów. Louis nie szedł za nami do końca.
- Zmywam się. Poznajcie się trochę, bo przecież Zayn będzie niedługo mężem twojej przyjaciółki. - zmienił śmiesznie głos, poczym podbiegł zrobić parę rzeczy przy swoim aucie.
Rozmawialiśmy i dogadywaliśmy się w prawie każdym temacie. Myślę, że od Zayna dowiedziałam się o Mishi więcej niż od niej samej! Mam nadzieję, że im się uda.
Tak właśnie zleciał nam czas, a wyścigi wygrał kto? O ironio, Louis Tomlinson!
Stwierdziłam, że nie wytrzymam i pobiegłam załatwić potrzebę w pobliskim lasku.
Już miałam schować się za krzakami, lecz wtedy zostałam zatrzymana przez...
Cholera.
Kto to jest?
Kłopoty Chrisi.
- Witaj, słodka. - przemówił blondyn z uśmiechem na ustach. Koło niego stał chłopak, który był jednakże brunetem. - Nazywam się Ashton. A to jest Calum. - wskazał na swojego kumpla. Stałam tak wryta i tylko zaciskałam usta w cieńką linię.
- Czego chcecie? - zapytałam raczej nie zbyt przyjaźnie.
- Spokojnie, słodka. - Jeszcze raz powie tak do mnie to... - Chcemy pogadać o Twoim ukochanym. - Oczywiście, że mówią o Louisie. Wiedziałam, że wkopie mnie tylko w jakiś bałagan!
- To nie jest mój ukochany. - założyłam ręce na piersi, chcąc wyglądać chociaż trochę pewniej.
- Och, ależ oczywiście, słodka. - przewróciłam oczami. - Dobra, słuchaj. Mamy z nim pewniem układ. Uwierz mi, nie chcesz go znać. Wiele nas ze sobą łączy i to nie są miłe sprawy. Możemy zawrzeć pewną umowę... - zaczął, ale po chwili poczułam rękę na moim ramieniu.
- Co się tu dzieje? - Tomlinson spojrzał groźnie na dwóch mężczyzn. - Szczęścia szukacie?
- Spokojnie Tommo, tylko się poznawaliśmy. - zaśmiał się Ashton.
- Idź gonić jakąś lasię, a od niej się odczep. - schował mnie za swoimi plecami.
- Dokończymy tę rozmowę, słodka. - prychnęłam cicho.
- Chciałbyś. - mruknął Louis. - Chrisi, idź do Zayna.
- Ale...
- Powiedziałem idź! - odwrócił się do mnie i podniódł głos. Nie mam zamiaru się z nim teraz kłócić, więc pobiegłam do Malika.

                                                    ~Louis' POV~

- Posłuchaj mnie, fiucie - skierowałem słowa sykiem w stronę Leddsa. - Może i mam ten cholerny układ z Twoją dziwkowatą siostrunią, którego totalnie nie pojmuję, ale nie mam zamiaru wciągać ją w to bagno z Tobą i moimi rodzicami. To już za wiele.
- Nie chcemy jej to wgłębiać. Mamy inne plany i napewno nie powiemy o nich Tobie. - odezwał się Calum.
- Och, tak? W takim razie ja powiem jej, że ma was walić po jajach jak się spotkacie. - zaśmiałem się.
- Daj spokój, Tomlinson...
- Nie! Jeżeli jeszcze raz zobaczę, że Ty, albo któryś z Twoich cholernych "podwładnych" się do niej zbliży...zniszczę Cię do reszty. Wszystko się skończy, rozumiesz? - syknąłem
Ashton zmrużył oczy i odszedł z Hoodem.
Podeszłem do loży, w której siedział Zayn z Hastings. Nie wiem po chuja zgodziłem się na to gówno. Boję się? Nie, ja się nie boję.
Ale przynajmniej nie jest jedną z tych pustych lalek. Można z nią pogadać. To śmieszne ale chyba ją polubiłem. Jest...spoko.
To nic złego, prawda? Nawet taki sukinsyn jak ja może mieć kumpelę. Fałszywie...ale wciąż kumpelę.
- Co to do kurwy było?! - wrzasnęła zwracając uwagę paru osób.
- Ej! Uspokój się, okej? To długa historia, byliśmy przyjaciółmi, trochę się pokomplikowało i teraz dupek się mści, ale to nic wielkiego.
Oddychała ciężko. Mulat wiedział już pewnie co się wydarzyło i wierzyłem, że mnie nie wyda. Tak szybko...
- Dobra. - wzruszyła ramionami. Pierwszy raz jest taka.
Ale co mnie to? Muszę ją w sobie rozkochać i rzucić, a nie przejmować.
- Chodź. Wracamy. - chwyciłem jej dłoń. Pożegnaliśmy Zayna i odjechaliśmy.

                                                      ~Chrisi's POV~

Kiedy podwiózł mnie pod dom, było po drugiej w nocy. Dalej byłam zła. Nie wiem tak naprawdę czemu, po prostu.
- Spotkamy się jutro? - zapytał
- Mam trening o czternastej. - westchnęłam.
- Przyjadę pod koniec. Jak dzisiaj.
- I co? Znowu wyścigi? Znowu zaczepki Twoich dziwnych znajomych? - wzruszyłam ramionami.
- Zabiorę Cię gdzieś. Nie na wyścigi. Obiecuję. - położył rękę na sercu.
Nie mogłam się nie zaśmiać. Nie umiem, gdy on jest w stanie mnie zawsze rozbawić.
- Dlaczego Ci tak zależy? - zmarszczyłam brwi
- Lubię Cię Hastings - uśmiechnął się.
- Cóż...ja ciebie też lubię. Tomlinson. - oddałam gest.
- W takim razie będę jutro pod halą o 19:20. - nachylił się i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Zszokowana, opuściłam samochód. Moje emocje teraz szalały. Totalnie.
Weszłam do mieszkania i zaświecając światło prawie umarłam na zawał. Na moim łóżku siedziała Mishi. Spoglądała w moją stronę z obojętnym wyrazem twarzy.
- Um...cześć? - szłam w jej stronę. - Lubisz doprowadzać mnie do zawału?
- Gdzie wyszłaś z Louisem? - zapytała dalej tak samo obojętnie
- Uh...byłam z nim na wyścigach? To grzech? Mishi co się stało? - speszyłam się
- Nic. - wstała i zaczęła kierować się do drzwi. Chwila, kowboju!
- Co? Hej, stój! - poderwałam się. Złapałam ją za przedramię i obróciłam w swoją stronę. - Co zrobiłam?
Milczała przez moment, by w końcu zacząć:
- Wyszłaś z treningu, a dobrze wiesz, że liczy się każda minta. Dziewczyno, nie widzisz, że on to robi specjalnie? To dupek, chcę cię wykorzystać!
- Nie, Mishi. Mylisz się. Nie znasz go. Ja to zrobiłam. On nie jest taki za jakiego go masz!
- Dobrze więc. Życzę szczęścia. - i wyszła.
Opadłam na łóżko i zaczęłam obmyślać nad tym wszystkim. Mishi się myliła. Louis jest dobrym chłopakiem.
Chyba.

                                                  ~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam ;D Na początek usprawiedliwiam się nieobecniścią tym, iż byłam na feriach w miejscu gdzie za cholerę nie miałam wi-fi (wyobraźcie sobie tydzień bez internetu, ja jebie). Teraz dodaje, bo dzielnie go pisałam, huh. Dodałam sosów do ff lol. Jak się podoba moi mili to zapraszam do przekazania opinii i na moje drugie opowiadanie "Secret" :')
All the love xx

sobota, 31 stycznia 2015

Chapter 6

   - I co? Całowaliście się?! - do mojego ucha dotarł podekscytowany głos Mishi, z którą gadałam już od samego rana, ponieważ po dwunastej w nocy nie miałam już siły. - Co? Nie! Po porostu mu pomogłam tak jak on mi, a potem gadaliśmy...- odpowiedział trochę zakłopotana. Dobrze, wiedzieć, że właśnie opowiedziałam jej o tym, że mogłam zostać zgwałcona, ale Louis uratował mi dupę, a potem ja zaszyłam mu ranę, a ona pyta czy się całowaliśmy. Błagam, może nie okazał się być takim dupkiem jak myślałam, ale nie wejdę mu też od razu do łóżka. Nie jestem jedną z tych dziewczyn.
- Jasne. - prychnęła.
- Może opowiesz mi coś o Twojej randce z Zaynem? - zapytał chcąc zmienić temat.
- Aw! To była najsłodsza randka w moim życiu! - i tak zaczęła się historia, która pozbawiła mnie połowy abonamentu oraz wolnego poranka. Nasza rozmowa skończyła się o dwunastej trzydzieści, a wtedy zostało mi potwornie mało czasu na przygotowanie się do wyjścia. Wstałam z mojego bardzo wygodnego łóżka i zabierając po drodze potrzebne rzeczy, udałam się do łazienki, w której jeszcze wczoraj szyłam policzek Louisa.

                                                    ~Poprzedni dzień, godzina 19:17, Londyn.~
                                                                          ~L.Tomlinson's POV~

- Stęskniłeś się? - zapytała mnie Sue, którą miałem nieszczęście zobaczyć już przy samym wejściu. Prychnąłem i usiadłem przy stoliku.
- Nie, raczej nie. - odpowiedziałem sucho. Może i przespaliśmy się parę razy, ale teraz zdecydowanie bym tego nie powtórzył. Ashton też pewnie by tego nie chciał.
- W takim razie dlaczego mamy przyjemność znów się spotkać? - kolejny raz ten jej uwodzicielski ton, odgarniane kruczo-czarnych włosów na bok, szybkie mruganie rzęsami. Szkoda, że to już na mnie nie działa.
- Zgoda. Przyjmuję Twoją propozycję. Zabawię się z tą całą Chrisi, ale Ty - wskazałem na nią palcem - powiesz swojemu braciszkowi, żeby zszedł z firmy i zostawił moich rodziców w spokoju.
Uśmiechnęła się szeroko i nachyliła.
- Mądry chłopiec. Dobrze, powiem mu to.
- Umowa - wyciągnąłem do niej niechętnie rękę
- Umowa. - uścisnęła ją, nie przestając się uśmiechać.
Wstałem z miejsca i wyszedłem z tej gównianej kawiarni. Wyjąłem kluczyki z nowego, wygranego BMW i postanowiłem, że dzisiaj pojadę do domu normalnym tempem, ponieważ ten wyścig zdecydowanie mnie zmęczył, a nie chcę jeszcze teraz płacić za naprawę tego cudeńka, albo własnego zdrowia.
Kiedy byłem już prawie na właściwej drodze, światła rozjaśniły mi zupełnie przypadkowo widok zaułka. Moje oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyłem dokładnie tą Hastings, którą miałem w sobie rozkochać, żeby jebana Sue wygrała te swoje tańce. Zatrzymałem się wybiegłem z samochodu. Będąc już wystarczająco blisko uderzyłem z całej siły pięścią napastnika. Upadł na ziemię, a zaraz po tym podeszło do mnie dwóch innych typków. Byli tak samo słabi jak ich frajerowaty szef, więc po sekundzie leżeli obok kolegi. Spojrzałem na przestraszoną dziewczynę i z początku nie wiedziałem co robić. Cóż, świetnie się zaczyna ta umowa.
- Chodź. - wyciągnąłem do niej rękę. Nie drgnęła. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wreszcie chwyciła moją dłoń, a ja pociągnąłem ją w stronę auta. Wsiedliśmy a ja nie mogłem powstrzymać się od opierniczu.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciałem odpalić silnik, ale ponownie na nią spojrzałem. Miała długie, kręcone przy końcach, jasno brązowe włosy i piwne oczy. Rysy twarzy były wyraźne i...jej usta. - Co Cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
Podniosłem trochę ton, bo kurwa! Jak można być tak nieodpowiedzialnym?!
- J-ja...- zająknęła się
Westchnąłem.
- Wszystko w porządku? - spytałem spokojniej.
Potrząsnęła głową, a ja przypatrzałem się jej jeszcze trochę, a później znowu ruszyłem.
Zapowiada się ciekawa noc.
Nagle usłyszałem jej zachrypnięty głos.
- Jesteś ranny... - dopiero teraz poczułem na policzku piekące rozcięcie.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - skupiałem się na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie.
- Chcę jechać do domu. - coraz bardziej zaczyna mnie irytować.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - Szczerze to mi ulżyło. Brakowało mi tylko prawie zgwałconej dziewicy pod dachem. Bo była dziewicą, prawda?
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnąłem się. - Ulica.
- Digital Street 4 - zbieg okoliczności, że właśnie tędy przejeżdżamy?
- W takim razie jesteśmy. - zatrzymałem się.
- Dziękuję. - powiedziała, a ja skinąłem. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazała na mój polik. - M-mogę to zrobić.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nie boli. - dotknąłem rannego miejsca, ale od razu pożałowałem, ponieważ to gówno było tak głębokie, że ból przeszył całe moje ciało.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktuj to jako rekompensatę. - Cholera. Nie mam zestawu do pieprzonego szycia w domu, a do szpitala na pewno nie pojadę.
Kolejny raz dziś westchnąłem i otworzyłem drzwi samochodu.

                                             ~Czas teraźniejszy. Digital Street 4~
                                                             ~Chrisi's POV~

Byłam w drodze do hali, gdy usłyszałam dźwięk sms-a:


Och. 
Darowałam sobie pytanie się go skąd ma mój numer, bo odpowiedzią byłoby zdecydowanie "Mam swoje sposoby".


Nie otrzymałam odpowiedzi, więc schowałam telefon do kieszeni. Myślałam nad tym i być może nie znam Tomlinsona specjalnie długo, lecz wydaje się być sympatyczny - przynajmniej dla mnie - dlatego spróbuję się z nim zaznajomić. Dotarłam na miejsc, gdzie przywitali mnie przyjaciele, a po małej rozgrzewce zaczęliśmy układanie kroków do pierwszych 10 sekund. Może się to wydawać banalne, ale jeśli podchodzisz do zawodów tak poważnie jak my - wszystko musi być idealnie dopracowane. 
Podczas przerwy otrzymałam wiadomość, że Louis będzie po 19, gdyż wyścigi zaczynają się dzisiaj wcześniej i trzeba dojechać na miejsce. Trochę mi to nie pasowało, bo trening kończył się o 19:30, ale mam nadzieję, że Diego, Fred i Mishi nie będą źli. Przecież i tak spędzamy tu zdecydowanie dużo czasu. 
- Ja muszę się zbierać, przepraszam Was. Mam um...wizytę u lekarza, a to ostatnia szansa dzisiaj. Poradzicie sobie? 
- Tak, pewnie. I tak mamy już wiele. - uśmiechnął się Diego, a razem z nim Mishi, ale w oczach Fredie'go widziałam niepokój. 
  Po wyjściu z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Wracamy do zimnego Londynu?
Rozglądałam się, lecz dopiero po chwili ujrzałam odpowiedni samochód, którym mój dzisiejszy towarzysz miał przyjechać. Czerwony Mustang. Skąd on bierze te auta? A no tak.
Stał oparty o maskę, paląc papierosa. Kiedy mnie zobaczył lekko się uśmiechnął, a ja odwzajemniłam gest. 
- Hej. - włożyłam ręce do kieszeni płaszcza. 
- Hej. - rzucił i zdeptał papierosa. - Jedziemy? - Skinęłam i otworzyłam drzwi po stronie pasażera.
- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w waszych...treningach? - spojrzał na mnie w środku. dzisiaj włosy miał zaczesane żelem, ale tak również wyglądał przystojnie. 
Stop, Chrisi.
- Uh...nie. Już kończyliśmy. - uśmiechnął się tylko i odjechaliśmy spod murów, w których znajdowała się hala. 

                                                       _________________________
                                                                      Hi!
    I jak? Podoba się? Wiem, że krótki, ale jestem ostatnio strasznie zajęta :( Mam teraz ferie, więc będzie lepiej, promise :D
Co myślicie o umowie Lou z Sue? Wywiąże się z niej w zupełności? ;D
O co chodzi Frediemu? Napisałam zdarzenie z ostatniego rozdziału z perspektywy Louisa. Jak widzicie, nie tylko Chrisi jest nim zafascynowana, bo on nią chyba trochę też haha.
Czekam na opinie :) ily xx





sobota, 24 stycznia 2015

Chapter 5

   Po drodze zaczepiło mnie jeszcze parę kolesi, których spławiałam szybciej niż zdążyli cokolwiek powiedzieć. Szybkim marszem kierowałam się w stronę normalnej ulicy. Musiało to wyglądać dziwnie, co najmniej jakbym śpieszyła się do szpitala lub gdzie indziej, ponieważ niektórzy ludzie posyłali mi współczujące spojrzenia. A może widzieli moją "rozmowę" z Louisem?   Kiedy wkroczyłam na znajomą mi Digital Street, od razu mogłam zauważyć niewielką kamienicę, w której mieszkałam. Wszyscy byli pewnie na wyścigach, dlatego obyło się bez zdecydowanie zbędnego gwałtu po drodze.
Ha. Ha. Nie jesteś zabawna Chrisi.
Dosłownie wbiegłam po schodach i kurczowo szukając kluczy w kieszeniach szortów, stałam pod drzwiami. W końcu udało mi się znaleźć rzecz w głębokiej dziurze i otworzyłam wejście do mieszkania. Zatrzasnęłam mahoniowe drewno za sobą i nie zważając na nic, poległam na łóżku.
Wiedziałam, że to wyjście z Mishi źle się skończy, ale nie aż tak! Czemu los chciał, aby akurat mnie tak dostrzegł? I po co w ogóle podchodził?
Ale to błahostka. Co do cholery miało znaczyć to "Chcę znać Twoje imię"?!
Teraz już wiem dlaczego wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Jest jakiś chory!
Jego oczy wtedy pociemniały. Mogę przysiąc, że z pięknego, błękitnego oceanu, przeistoczyły się w czarną otchłań.
Nie wiem ile tak myślałam, ale nagle ktoś trzasnął moimi drzwiami i doskonale wiedziałam, iż jest to moja przyjaciółka. Odwróciłam więc głowę w tamtą stronę.
- Uduszę, powieszę, zakopię, odkopię, dobiję i znowu zakopię! - na jej twarzy malowała się złość, gdy szła ciężko w moją stronę. - Umówiłyśmy się, że masz tam czekać! Chcesz, żebym dostała zawału?! - teraz stanęła przy krawędzi mojego łóżka, dlatego podniosłam się do pozycji siedzącej i westchnęłam.
- Najpierw chciałam pójść do domu, bo z tego co widziałam, Wasza rozmowa nie miała końca. - spojrzałam na nią wymownie - Ale kiedy się obróciłam, za mną okazał się stać wielki Louis Dupek Tomlinson, który wymusił bym powiedziała mu jak się nazywam i ze strachu tylko szybciej tu przybiegłam, więc porównaj te dwie wersje i jak dokonasz wyboru lepszej, to daj znać. - założyłam ręce na piersi i podniosłam lekko ton.
Wpatrywała się we mnie jeszcze chwilę, po czym usiadła obok, przytulając mnie. Odwzajemniłam gest i odsunęłam się.
- Co to znaczy "wymusił"? Nie mogłaś po prostu go wyminąć?
- Chciałam. Uwierz, że chciałam, ale ten dziwak chwycił mnie za nadgarstek i kazał się przedstawić. - przewróciłam oczami.
Mishi zamyśliła się, a ja postanowiłam iść się odświeżyć. Wczęśniej uzgodniłyśmy, że na jutrzejszy trening pójdziemy razem, więc dziewczyna miała tu swoje ubrania i kolejną noc z rzędu u mnie nocowała. Zabrałam ze sobą spodenki i top do spania a potem zamknęłam się w łazience.
   Spocone i znoszone ubrania oraz bieliznę wrzuciłam do kosza na brudy, a sama weszłam pod prysznic. Odkręciłam letnią wodę. Mój ulubiony cynamonowy żel rozprowadziłam po ciele, a ten szybko się spienił. Włosy umyłam przy okazji. Nie miałam zamiaru ich suszyć. Wyszłam z kabiny, wytarłam mokre ciało i od razu wskoczyłam w "piżamę", a włosy uwiązałam w warkocza.
Drzwi z pomieszczenia zostawiłam otwarte, aby przed wejściem Mishi duszne powietrze trochę odparowało.
   Po godzinie, obydwie leżałyśmy już pod kołdrą, rozmawiając o jej pierwszym spotkaniu z Zaynem. Cieszyło mnie, że tak świetnie się dogadują, ponieważ z tego co widziałam to była by z nich słodka, pasująca do siebie para. Zasnęłyśmy koło trzeciej w nocy, wiedząc, że jutro ciężki, pierwszy dzień ćwiczeń.

                                                                         ***
- To zupełnie nie pasuje! - krzyknęłam w napadzie śmiechu, podczas gdy Diego udawał rybę na gumowym parkiecie, wmawiając nam, iż doskonale wpasuje się do układu, do którego by the way mieliśmy dylemat co do piosenki. Musimy dopracować każdy detal, tak więc piosenka i rytm też muszą być idealne. Jednak po paru godzinach słuchania i porównywania wybraliśmy w końcu Flo-Ridę. Byłam zadowolona, bo ta piosenka zdecydowanie ma moc. Postanowiliśmy, że od jutra zaczniemy już pracować nad pierwszymi 10 sekundami. Zaczniemy o 14:00, tutaj.
Dwudziesta to godzina, o której w Londynie nie jest już tak jasno, lecz oczywiście ja wolałam się usamodzielnić i sama iść do domu, odrzucając propozycje chłopaków o podwózce. O Mishi nawet nie wspomnę; ona tylko pożegnała się z nami i wybiegła na kolejne spotkanie z Malikiem,
krzycząc, że jest spóźniona.
   Szłam coraz ciemniejszymi alejkami miasta, z dala od grupek ludzi stojących przy strych melinach czy barach. Chciałam poprostu unikać ich jak tylko mogłam. W pewnym momencie zauważyłam trójkę postaci zmierzających w moim kierunku. Nie patrząc na nic, skręciłam w jakąś uliczkę. Ha! Chyba nie myślałam, że wszystko pójdzie po mojej myśli, ponieważ już za chwilę dosłownie dobiłam w zamurowaną ścianę. Odwróciłam się, gdy usłyszałam szept tuż przy moim uchu.
- Coś nie tak, słonko? - zapytał głos
Stałam twarzą w twarz z jednym z kolesi, przed którymi minutę temu miałam zamiar uciec. Pozostałych dwóch zauważyłam za nim.
- Chyba skręciłam w złą stronę, więc pan wybaczy ale pójdę już. - w duchu miałam nadzieję, że faktycznie mnie puści, lecz niestety tak się nie stało. Zostałam przyparta do zimnej cegły.
- Och, a mi się jednak wydaje, że trafiłaś pod właściwy adres. - zaczęłam się wyrywać, co pewnie przeczuwał, dlatego dał znak towarzyszom. Jeden z nich przytrzymał mnie za jedno ramię i zakrył usta, żeby nikt nic nie usłyszał, a drugi za drugie ramię. Jednak ja byłam nieugięta i wciąż próbowałam się wydostać.
- Zabawimy się - pierwsze łzy zbierały się w kącikach moich oczu. Nie chciałam tak skończyć. Cholera, nie!
W swoim życiu byłam w łóżku raz. Jeden jedyny raz z moim byłym chłopakiem. A teraz miałam zostać zgwałcona?
Typ zaczął rozpinać rozporek i pasek, a gdy ciągnął spodnie w dół, zamnkęłam oczy. Niech to zrobi. Chcę by było już po wszystkim.
   Nagle nie czułam już na szyi jego obleśnego oddechu. Usłyszałam tylko parę przekleństw. Otworzyłam oczy i to co zobaczyłam, było z jednej strony przerażające a z drugiej dziękowałam Bogu. Sam Louis Tomlinson właśnie mnie ratował.
Dwójka facetów ruszyła na pomoc swojemu cholernemu szefowi, który obecnie leżał skopany na asfalcie. Nie minęły dwie minuty, a oni dołączyli zaraz do niego.
- Chodź. - nie ruszyłam się. Nie wiem czy ze strachu czy po prostu nie chciałam z nim iść. - Zaraz się ockną, więc radzę Ci ze mną pójść.
Wyciągnął do mnie rękę, którą niepewnie chwyciłam. Szybkim krokiem ruszył w stronę czarnego BMW, które stało teraz przy wejściu do zaułka.
Otworzył mi drzwi, a ja dalej sparaliżowana wsiadłam do środka. Oparłam się o zagłówek i próbowałam uspokoić oddech. Po sekundzie koło mnie znalazł się też on.
- Masz szczęście, że akurat przejeżdżałem i mam dobre światła. - chciał odpalić silnik, ale zniwu spojrzał w moją stronę. Dzięki małej lampce na poddaszu, znów mogłam ujrzeć jego twarz. Znowu te piękne, błękitne tęczówki, widoczne dołki w policzkach, lekki zarost a do tego niedbale ułożone kasztanowe włosy, opadające na czoło. - Co cię skłoniło do tego, żeby błąkać się po ciemnym Londynie po 20?!
- J-ja... - nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy.
Westchnął.
- Wszystko w porządku? - zapytał spokojniej.
Potrząsnęłam głową na znak, że jest ok. Przeskanował jeszcze chwilę moją twarz i odpalił samochód. Licznik w szalonym tempie wskazywał coraz to większą prędkość.
Spojrzałam ukradkiem na jego lewy profil. Miał widoczną szramę na policzku. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie podziękowałam.
Zamiast przeprosin z moich ust wydostało się coś innego.
- Jesteś ranny...- zachrypnęłam się.
- To nic takiego. Nawet nie boli. - dalej był skupiony na drodze.
- Gdzie tak w ogóle jedziemy?
- Do mnie. - dwa słowa, które zniszczyły wszystko jeszcze bardziej.
- Chcę jechać do domu.
- Chcesz pokazać się rodzicom w tych potarganych ciuchach?
- Mieszkam sama. Zawieź mnie do domu. - moja pewność siebie powoli wracała.
- To zmienia postać rzeczy. - uśmiechnął się. - Ulica.
- Digital Street 4 - chwile zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam mówiąc mu właściwy adres ale w końcu co takiego może się stać?
- W takim razie jesteśmy. - zgasił silnik, a ja chciałam wyjść z auta, ale o czymś sobie przypomniałam.
- Dziękuję. - wymusiłam uśmiech w jego stronę. Odpowiedział tym samym.
Już miałam wychodzić, ale co? Chrisi dobra dusza się włączyła. - To naprawdę nie wygląda dobrze. Myślę, że trzeba szyć. - wskazałam na ranę. - M-mogę to zrobić.
Tego nie miałam powiedzieć.
- Poradzę sobie jakoś. Tak jak mówiłem. To nawet nje boli. - dotknął policzka, po czym od razu się skrzywił.
- Właśnie widzę. Daj spokój, potraktój to jako rekompendatę. - nie myślę.
Wyglądał jakby przeprowadzał w środku sam ze sobą monolog, ale po minucie westchnął i otwarł drzwi po swojej stronie.
   Kiedy znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, a ja powędrowałam prosto do łazienki. Stanęłam na palcach, aby z małej szafeczki, wyjąć apteczkę. Usłyszałam jak wchodzi do pomieszczenia.
- Przytulnie tu masz. - rzucił rozglądając się i tu.
- Dzięki - uśmiechnęłam się. Dlaczego on mnie tak onieśmiela? - Usiądź tutaj.
Zajął miejsce na małym stoliku, który przywlokła Mishi, aby się tu w ogóle odnaleźć.
Teraz to ja byłam wyższa, co dawało mi trochę satysfakcji.
Czyłam jego wzrok na sobie, gdy próbowałam się skupić na oczyszczaniu wodą utlenioną skaleczonej części. Ani nie drgnął.
- Teraz może zaboleć. - ostrzegłam.
- Taa, jasne. - usiósł kąciki ust ku górze. Boże, jak on mnie onieśmiela!
Nagle wydał głośny syk, gdy pierwsza szwa znalazła swoje miejsce.
- Mówiłam. - teraz to się uśmiechnęłam.
- Skąd mam wiedzieć, że mnie nie zabijesz? - zaśmiał się
- Moja mama była pielęgniarką. Nauczyłam się szyć już w 7 roku życia.
- Dlaczego była? - nikomu nie mówiłam jeszcze o mojej mamie.
- Um...umarła kiedy miałam 10 lat. - powiedziałam cicho.
- Przykro mi - jak słodko...- Ja uciekłem z domu jak miałem 13 lat. Wychowałem się na ulicy.
- Dlaczego mi to mówisz? - dopiero zauważyłam, że już skończyłam.
Odłożyłam wszystkie narzędzia do apteczki.
- Skoro się już poznajemy...chciałbym wiedzieć o tobie coś więcej. - moje serce znacznie przyśpieszyło, ale nie chciałam żeby to spostrzegł.
- Och.
Wstał, dzięki czemu znów był wyższy o głowę.
- Jutro ściągnij szwy. Tylko delikatnie, tak by nie uszkodzić rany. - poinstruowałam
- Tak jest Pani doktor. - zaśmiał się a ja zachichotałam. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się trochę swobodniej. Może nie był taki zły.
Co ja gadam, był bardzo zły!
- Mogę się czegoś napić skoro już tu jestem? - spytał
- Tak. Pewnie. - udaliśmy się do kuchni. Nalałam nam Coli i podałam mu jeden kubek. Oparł się o blat i duszkiem wypił całą zawartość.
Zaczeliśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim. Louis okazał się być normalnym chłopakiem. Dowiedziałam się, że ma 21 lat i zaczął się ścigać kiedy skończył 18 lat. Opowiedziałam mu też o sobie. Nie wierzę, że to mówię, ale chyba się zaprzyjaźniliśmy. Potrafił być miły, zabawny, poważny.
- Będę się zbierał, jest po dwunastej. - poinformował i odepchnął się od blatu.
- Co? Tak późno? - zdziwiłam się.
- Yeah. Dzięki za ratunek. - zaśmialiśmy się
- Ja też. Ale tak na serio. - uśmiechnęłam się.
Pokiwał głową.
- Będziesz jutro na wyścigach? - zapytał przy drzwiach.
- One są codziennie? - jęknęłam
- Można tak powiedzieć - zachichitał
- Postaram się.
- Będę na ciebie czekać. - uśmiechnął się łobuzersko.
Pożegnaliśmy się, on wyszedł a ja uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.
                                                -------------------------
Hi! Rozdział 5 odhaczony! Wiem, że to wszystko banalne, ale akcja się dopiero rozkręca! Jakie wrażenia? Przepraszam jeśli pojawią się błedy, ale pisałam na tablecie ;-;
Ily xx

~Przeczytałeś/aś zostaw komentarz.