sobota, 28 marca 2015

Chapter 10

LOUIS

Do zobaczenia, Chrisi. 

Wydaje się, że wszystko idzie po mojej myśli. Jest względem mnie coraz bardziej ugodna, gotowa opuszczać te całe chujowe tańce, tak jak mówiła Sue, oddała pocałunek, ale coś było nie na rzeczy.Normalnie nie miałbym problemu. Robienie nadziei i rzucanie nie sprawiało mi dotychczas kłopotów. 
Niestety, tym razem coś mnie hamuje. Chrisi jest  inna...walczy o swoje, ma pasję, którą nie jest tona jakiegoś gówna na twarzy, ubiera się w dość...specyficzny sposób. 
Jakaś cholerna cząstka mnie, piszczy, że skrzywdzę tą dziewczynę. Nie tylko uczuciowo, ale też spieprzę jej plany i pewnie przyjaźń. 
Cóż, lepiej po prostu pójdę do Zayna, napiję się czegoś i mi przejdzie. Louis Tomlinson nie ma poczucia winy.
Zignorowałem to, że podobał mi się ten fałszywy pocałunek i ruszyłem do samochodu. Puściłem na głos Kanye Westa, upewniając się, że całe miast go usłyszy i odjechałem spod jej kamienicy.
Tak na marginesie - skoro jej ojciec jest pewnie bogaty, to po jakiego mieszka w takim starym i małym gównie jak to i to jeszcze z sąsiadami zaraz za ścianą?
Przyznaję, że ją podziwiam, bo nigdy nie pomieściłbym się w takim czymś, a jestem facetem. Nie wspomnę gdzie ona jako dziewczyna może się tam odnaleźć.
Plan idzie po mojej myśli i nie wzbudzam jej podejrzeń, więc jest dobrze. Bardziej ciekawi mnie to, po co opowiedziałem jej dzisiaj tę pieprzoną historyjkę. Nie powinna była się o niej dowiedzieć, a to wyłącznie moja jebana wina. Znając ją, będzie się mnie non stop wypytywać o jej szczegóły.
A ja będę musiał wszystko wytrzymywać jeszcze przez dwa miesiące. Może krócej.
Wolę to, niż ponowne użeranie się z Ashtonem i jego koleżkami pomiotłami. Raz miałem z nim spawę, której zdecydowanie nie chciałbym powtarzać. Nie tchórzę, po prostu nie mam zamiaru mieć go przysłowiowo na dupie.
   Dosyć do cholery, za dużo myślisz Tomlinson. Myślenie nie jest tym co lubisz.

Ani potrafisz.

Co do kurwy? Teraz będą mnie dręczyć jeszcze jakieś diabełki w głowie?
   Wreszcie zaparkowałem pod "Hangover" i wysiadłem. Zabezpieczyłem auto i pomijając kolejkę ludzi, przywitałem się ze znajomym mi ochroniarzem i wszedłem do klubu. Od razu mogłem poczuć zapach alkoholu zmieszany z potem tych grubszych jak i szczuplejszych gości "Hangover".
Podszedłem do baru i zamówiłem niezbyt mocnego drinka, żeby później móc prowadzić. Dopiero co wygrałem moje nowe cudeńko i nie mam zamiaru rozbić go o pierwsze lepsze drzewo.
Z trunkiem z ręce, kierowałem się do miejsca, gdzie zawsze siedzi nasza paczka.
Faktycznie, kiedy tam dotarłem, wszyscy byli już obecni.
Pierwszy zauważył mnie rzecz jasna wstawiony Harry.
- Tommo! - rzucił mi się na szyję. - Jak ja Cię dawno nie widziałem!
- Ta, aż tydzień. - mruknąłem rozbawiony jego bełkotem.
Zaprosił mnie do stolika, gdzie usiadłem przy Stylesie i przywitałem się z innymi.
- Gdzie Malik? - zapytałem, kiedy zorientowałem się, że brakuje tylko mulata.
- Jest z tą laską z kręconymi włosami. - poinformował Niall, na którego kolanach siedziała jakaś blondynka.
Cieszyłem się, że Zayn znalazł kogoś odpowiedniego dla siebie. Jest moim kumplem. Ale podziwiam go, bo ja nie mógłbym pieprzyć tej samej dziewczyny przez cały czas. To nudne.

Twoje zachowanie jest nudne. 

Sklej się, czymkolwiek jesteś.
- Tomlinson, słuchasz mnie? - Horan pomachał mi ręką przed twarzą.
- Co? - zmarszczyłem brwi.
- Mówię, że ty też się w końcu ustatkujesz. - przewrócił oczami
- Wybacz, stary. To nie dla mnie. - prychnąłem i wziąłem kilka łyków napoju.
- Prędzej czy później się zakochasz. Może nawet i w tej Chrisi. - powiedział pewny siebie.
Zakrztusiłem się i spojrzałem na niego z politowaniem.
- Chrisi? Żartujesz sobie? Trochę się przyjaźnimy i już. - odchrząknąłem. - A poza tym...widziałem jak ona się ubiera? To nie mój typ.
- Oczywiście.
O co do kurwy chodzi dzisiaj temu człowiekowi? Zakochiwanie jest dla słabych.
A z Hastings mówiłem prawdę, wolę kiedy kobieta ubiera się bardziej wyzywająco.
I nie jest pyskata.
I ciekawska.
I po jaką cholerę znowu o niej myślę?
- Wiecie co? Idę po jeszcze jednego. - kiwnęli głowami, a ja udałem się do baru.
To, że prowadzę, nie zmienia faktu, iż dwa nie mocne drinki mi nie zaszkodzą. Do tego się ścigam.
- Jedno cosmo cytrynowe. - wyłożyłem na blat 10 funtów, dając znak barmanowi, że jeżeli się pośpieszy, całe będą jego.
Odwróciłem na chwilę wzrok na parkiet w poszukiwaniu kogoś...odpowiedniego.
Żadna dziewczyna nie zwróciła szczególnie mojej uwagi, do czasu, gdy nie wypatrzyłem pewnej brunetki, stojącej tyłem i rozmawiającej z jakimś gościem, co w ogóle mi nie przeszkadzało.
Miała na sobie białe rurki, a na plecach jeansową kurtkę, przez co nie widziałem bluzki.
Dopiero szturchnięcie mężczyzny, dającego mi zamówienie, zmusiło mnie do oderwania wzroku od niej.
Gdy powróciłem spojrzeniem do tamtego miejsca, myślałem, że oczy wyskoczą mi z orbit.
Ta brunetka to Chrisi.
Chrisi Hastings.
Ta, która zwykle chodzi w luźnych ciuchach.
Ta, która nie nosi dużo makijażu.
Ta, którą dzisiaj pocałowałem.
Tańczyła z wcześniej wspomnianym facetem.
Teraz miałem doskonały widok na jej odkryty brzuch, ponieważ pod kurtkę nałożyła jedynie coś, czego nie można nazwać bluzką.
To cholerny pasek, zakrywający stanik.
Jeżeli w ogóle go ma.
Najbardziej zdziwiło mnie, że na stopach znajdowały się obcasy, które dodawały jej trochę wzrostu.
Jednym słowem, właśnie poznałem seksowną Chrisi. I taka mi się podoba.
To znaczy, ona mi się nie podoba naprawdę.
Po prostu tego wieczoru wygląda oszałamiająco. I tyle.
Nie zdążyłem zarejestrować, kiedy przeciskałem się przez tańczących ludzi w ich kierunku.
Jak na zawołanie koleś odszedł, a ona ponownie była obrócona tyłem. Odłożyłem kolorowy napój na jakiś stół, wcześniej biorąc łyka.
Delikatnie objąłem ją w talii i tym co mnie zszokowało, by to, że wcale nie protestowała. Zaczęła poruszać biodrami w rytm muzyki. Zawtórowałem jej i po sekundzie obydwoje synchronicznie ocieraliśmy się o siebie.
Wykonywała ruchy, po których nigdy w życiu bym jej nie poznał.
Kręciło mnie to.
Piosenka się skończyła, a ja szybko chwyciłem z powrotem swojego drinka i gdy Hastings odwróciła się w moją stronę, ja byłem już na końcu sali.
Mrugnąłem do niej, a potem wróciłem do odpowiedniego stolika.



Ten rozdział jest do dupy, ponieważ nie miałam weny i jestem rozkojarzona. Wszyscy już chyba wiedzą, że Zayn odszedł i miała wielki problem, żeby w ogóle coś tu o nim napisać, ale wzięłam się w garść i jest oto to beznadziejne i krótkie coś.
Wspomnę też, że każda directioner zaczyna teraz w swoim życiu nowy rozdział i mam nadzieję, że wszystkie damy jakoś rade. Love Always xxx

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 9

   Muzyka do rozdziału, polecam bardzo gorąco! :D klik



- Powiesz mi w końcu gdzie jedziemy? - jęknęłam uderzając o zagłówek fotela.
- Jesteś jedną z tych dziewczyn, które muszą wszystko wiedzieć, racja? - zaśmiał się, jednak wciąż był skupiony na drodze.
- Niestety. - prychnęłam i spojrzałam na licznik. Wskazywał 220 km/h/

220 km/h

- Człowieku, zwolnij! Zabijesz nas! - podskoczyłam nagle na fotelu. Jakim cudem dopiero teraz poczułam taką szybkość?
- Kobieto, spokojnie. Te trzy cyferki na liczniku to dla mnie poziom podstawowy.
Rozszerzyłam oczy jeszcze bardziej.
- Nawet nie próbuj wyższego poziomu. - zadrżałam.
- Ale przynajmniej przestałaś pytać gdzie jedziemy. - mruknął.
Kolejny raz prychnęłam i opadłam plecami z powrotem na fotel. Nie miałam zamiaru patrzeć w boczną szybę, bo na samą myśl robiło mi się niedobrze, dlatego pozostało mi wpatrywanie w przednią. 
Jechaliśmy już prawie pół godziny, a znajdowaliśmy się na jakimś totalnym odludziu.
No, przynajmniej to mogę zarejestrować z rozmazanego obrazu przede mną.
- Louis? - zaczęłąm spokojnie.
- Hm?
- Wiesz co? Wszyscy mówią o tym jakim draniem jesteś. Praktycznie każdy kogo spotkałam. - na jego czole pojawiła się dosyć zauważalna zmarszczka. - Ale...wydaje mi się, że niektórzy za mało cię znają. Na przykład ja; poznałam Cię trochę lepiej i...jesteś naprawdę...spoko. Można nawet powiedzieć, że się kumplujemy. Nie ważne, chciałam tylko uświadomić ci, że ja nie myślę ja inni. - bawiłam się palcami z zażenowania. Nie chciałam, aby traktował mnie jak wszystkich...
pojrzał krótko w moją stronę, po czym wrócił wzrokiem przed siebie.
- Zalazłem nie raz ludziom za skórę. Myślę, że mają podstawy, aby tak o mnie mówić. - rzucił. - Ale cieszę się, że ty sądzisz inaczej. - uśmiechnął się.
Odwzajemniłam jego gest i do końca podróży się nie odzywałam.
   Kiedy się zatrzymaliśmy, Louis wysiadł pierwszy, okrążył samochód i jak dżentelmen, otworzył mi drzwi. Wysiadłam, a on zamknął pojazd za pomocą kluczyków i alarmu. Na dworze było już ciemno, więc miejsce, w którym się znajdowaliśmy było oświetlone jedynie przez lampy.
- Chodź. - złapał mnie za rękę, co wywołało na moim ciele ciarki.
Szliśmy w ciszy. Próbowałam dostrzec jakieś szczególne znaki, gdzie się znajdujemy, ale mój słaby wzrok i ciemność nie dawały za wygraną. Wiem, że jest bardzo przyjemnie. Idziemy po czymś miękkim, co musi być trawą. - Jesteśmy na miejscu. Nie wiedziałam o co chodzi, póki nie spojrzałam w dół.
- O mój Boże! - krzyknęłam i dosłownie wpadłam na klatkę piersiową Tomlinsona.
 - Spokojnie, nie zrzucę Cię. - zachichotał. Zarumieniłam się i oddaliłam od niego.
- Po co do cholery przywiozłeś mnie, żeby oglądać klif? - zaskamlałam. I tak, miałam lęk wysokości.
- Siadaj. - polecił.
- C-co?
- Siadaj. - powtórzył. Niepewnie usiadłam na skraju przepaści. Moje nogi zwisały. Po chwili szatyn również spoczął koło mnie. - Teraz spójrz w górę.
Tak jak kazał, uniosłam głowę ku górze.
Wow.
Spostrzegłam gwiazdy migające na niebie. Pośród nich znajdował się nieruchomy księżyc. Takiego widoku zdecydowanie nie można zobaczyć stojąc na nogach, w jakimkolwiek momencie.
- To...piękne. - szepnęłam jakby sama do siebie.
- Widzisz ten las poniżej? - zapytał. Zmrużyłam oczy, by wreszcie dostrzec drzewa. Pokiwałam na "tak". - Wiąże się z nim pewna historia. Chcesz posłuchać?
- Pewnie
- A więc...pewien mężczyzna, który był alkoholikiem, wiele razy zawodził swoją dziewczynę. Ta miała syna z poprzedniego związku, którego na początku on nie potrafił zaakceptować. Zawsze przychodził tu i myślał. W końcu zdecydował, że pogodzi się z tym. iż jego ukochana ma już dziecko, a także oświadczy się jej. Właśnie na tym klifie. - wsłuchiwałam się w każde słowo. -  Szybko pobiegł do jubilera, zakupił najpiękniejszy pierścionek, na jaki było go stać Na następny dzień powiedział dziewczynie, by przyszła tu, a on już będzie na nią czekał. Obiecał sobie, że nie będzie więcej pił.
Jednak w drodze w wyznaczone przez siebie miejsce, nie mógł się powstrzymać i wszedł do baru na trzy kieliszki. Trzy kieliszki za dużo. Gdy przyszedł, był podpity. Aczkolwiek, czekał na przybycie swojej przyszłej narzeczonej. W końcu ta, zjawiła się. Ale nie sama. Przyszła ze swoim synkiem. Miał wtedy 5 lat. Pijak tak ostro zareagował na to, że zlekceważyła jego prośbę i wzięła dziecko, że w przypływie emocji i nietrzeźwego myślenia - zrzucił ją z tego klifu. Ten mały chłopczyk wpatrywał się w to wszystko. Widział śmierć swojej własnej matki.
- Co było potem? - spytałam poruszona opowieścią.
- Potem? Potem uciekł, aż znalazła go kobieta. Znalazł rodzinę zastępczą.
Westchnęłam, a pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Oparłam głowę na ramieniu Louisa. Wzdrygnęłam się, gdy mnie objął.
Powiewy wiatru stały się coraz chłodniejsze, dlatego lekko zadrżałam.
- Zimno Ci? - spojrzał na mnie. Nawet w tych egipskich ciemnościach mogłam zobaczyć jego morskie źrenice.
-Trochę... - mruknęłam.
Zdjął swoją dżinsową kurtkę i założył mi ją na plecy. Cicho podziękowałam. Siedzieliśmy jeszcze parę minut, gdy chłopak się odezwał:
- Jest już późno. Odwiozę Cię domu. - posmutniałam, ponieważ - cholera tak ciężko mi się do tego przyznać - wcale nie chciałam wracać do domu. Podobało mi się. Niechętnie wstałam i otrzepałam swoje rurki, a potem ruszyłam z szatynem w stronę auta.
   Drga powrotna opierała się na rozmowie o tańcu, którą o dziwo rozpoczął Louis. Streszczałam mu całą moją przygodę z tańcem po raz kolejny. Zaparkował pod moim mieszkaniem i odprowadził pod same drzwi od klatki schodowej.
- Cóż, dzięki. Fajnie się dzisiaj bawiłam.  - powiedziałam, gdy zatrzymaliśmy się pod drzwiami.
- Wiesz, że ja też? Dawno nie byłem w tamtym miejscu. - przyznał/
- W takim razie...do zobaczenia. - weszłam na korytarz, posyłając mu ostatni uśmiech i już miałam wspiąć się na pierwsze schody, lecz Tomlinson chwycił mnie za nadgarstek i przyciągając do siebie, złączył nasze usta. Początkowo nie wiedziałam co robić, ale oddałam pocałunek. Nie trwał on długo, wręcz dziwnie krótko dla mnie.
- Do zobaczenia, Chrisi. - oderwał się ode mnie, a na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech.
Wyszedł z klatki, a ja wciąż oszołomiona, stałam na środku przez następne pięć minut.

~Przeczytałeś/łaś zostaw komentarz.